Nicolas Cage i skradziony film za 105 mln dolarów. Netflix w centrum hollywoodzkiego skandalu

Do bulwersującej kradzieży doszło w czerwcu br. w siedzibie Netflixa w Los Angeles, w słynnych Sunset Bronson Studios. Z biur streamerowego kolosa zginęło kilka dysków twardych – w tym jeden zawierający niezaszyfrowaną kopię filmu "Fortitude". To nie był zwykły film, ale produkcja z gwiazdorską obsadą – u boku Nicolasa Cage'a zagrali Matthew Goode, Ed Skrein, Jordi Mollà i Alice Eve. Za kamerą stanął Simon West – reżyser takich hitów jak "Con Air" czy "Lara Croft: Tomb Raider".
Według doniesień branżowego portalu Hollywood Reporter, twórcy filmu, na czele z producentem Simonem Aframem i jego firmą Op-Fortitude, w pozwie złożonym w czwartek w kalifornijskim sądzie federalnym oskarżają Netflixa o doprowadzenie do kompromitacji i utraty wartości filmu. Ich zdaniem, gigant streamingu nie dość, że zgubił dysk, to jeszcze odmówił zgłoszenia sprawy na policję. Producent musiał sam zawiadomić Departament Policji w Los Angeles, a Netflix nawet wtedy nie chciał współpracować ze śledczymi.
Jak wynika z dokumentów sądowych, do których dotarli dziennikarze, Sean Berney, szef akwizycji filmowych w Netflixie, w mailu z 25 czerwca napisał wprost: "Niestety, ktoś ukradł sporo dysków z biurek w naszym biurze w zeszłym tygodniu. Przerabiamy to z naszymi zespołami ochrony, ale bez rezultatów."
Ryzyko wycieku i katastrofy finansowej
Producenci "Fortitude" żądają od Netflixa co najmniej 105 milionów dolarów odszkodowania. Twierdzą, że przez wyciek niezaszyfrowanej kopii, każdy przyszły dystrybutor będzie musiał zostać poinformowany o kradzieży, co może zniweczyć negocjacje, wpłynąć na ubezpieczenie, plany marketingowe i kampanię przedoscarową. Co gorsza – istnieje realne ryzyko, że film trafi do sieci jeszcze przed premierą, co oznaczałoby katastrofę finansową.
Streamingowy potentat nie pozostaje jednak dłużny. W oficjalnym oświadczeniu przekazanym mediom rzecznik Netflixa stanowczo odrzuca zarzuty. – Netflix kwestionuje jakiekolwiek twierdzenia, że ponosi ryzyko utraty filmu dostarczonego bez odpowiednich, standardowych w branży zabezpieczeń – czytamy w komunikacie. – Choć nie posiadamy praw do "Fortitude", traktujemy bezpieczeństwo treści poważnie i podjęliśmy dodatkowe środki, by wesprzeć twórców, w tym oferując monitorowanie pirackich stron. Co więcej, przedstawiciele Netflixa sugerują, że producenci zachowali się nie w porządku, żądając najpierw 165 milionów dolarów w "wrogiej próbie wymuszenia", zamiast uczciwej współpracy.
Nicolas Cage czeka. I cały Hollywood też
Przypomnijmy, że "Fortitude" to oparta na faktach historia brytyjskich agentów wywiadu, którzy podczas II wojny światowej stosowali nowatorskie operacje strategiczne, by oszukać nazistowskie dowództwo. Nic dziwnego, że thriller z taką obsadą i historią budził ogromne zainteresowanie dystrybutorów na całym świecie – zarówno w USA, jak i za granicą. Teraz jednak jego przyszłość wisi na włosku.
Proces zapowiada się jako jeden z najgłośniejszych w historii Hollywood. Netflix, który w ostatnich latach przeżywa falę krytyki za decyzje dotyczące bezpieczeństwa i zarządzania treściami, tym razem może słono zapłacić za własne błędy. Czy 105 milionów dolarów to adekwatna kara za utratę filmowego skarbu? Odpowiedź poznamy w sądzie.
A Nicolas Cage? Czeka niecierpliwie, czy jego najnowsze dzieło ujrzy światło dzienne, czy stanie się tylko kolejną ofiarą hollywoodzkiego chaosu.
źr. wPolsce24 za Hollywood Reporter











