Tusk upokorzył Czarzastego i odwołał reformę kluczową dla rynku pracy. Ta decyzja może kosztować Polskę 11 miliardów złotych!

Tusk wysłał reformę PIP „do kosza”
Zaczęło się od tekstu w "Gazecie Wyborczej", która 2 stycznia br. opublikowała artykuł z informacją, iż premier nakazał wycofać z rządu projekt ustawy o reformie Państwowej Inspekcji Pracy i polecił resortowi pracy jego "radykalną poprawę".
Przeciek do "Wyborczej" zmaterializował się cztery dni później, kiedy szef rządu poinformował - tym razem oficjalnie - iż nakazał wycofać z rządu projekt ustawy o reformie Państwowej Inspekcji Pracy i polecił resortowi pracy "jego radykalną poprawę". Powtarzamy tę frazę, bo premier użył niemal dokładnie tych samych słów, którymi wcześniej posługiwała się "Gazeta Wyborcza".
Nie wiemy oczywiście, kto korzystał z czyich notatek, choć możemy się domyślać.
Tusk ogłosił, że podjął decyzję o niekontynuowaniu prac nad reformą PIP i uznał sprawę „ze swojego punktu widzenia za zamkniętą”. Jako główny powód wskazał „przesadną władzę dla urzędników”, jego zdaniem destrukcyjną dla firm i grożącą utratą pracy przez wielu ludzi.
Przypomnijmy - projekt - kluczowy dla Lewicy, koalicjantów Donalda Tuska w rządzie, przewidywał m.in. możliwość przekształcania przez okręgowych inspektorów PIP umów zlecenia, o dzieło czy B2B w umowy o pracę w drodze decyzji administracyjnej, z odwołaniem do Głównego Inspektora Pracy i ostatecznie sądu pracy.
Co naprawdę przewidywała reforma?
Reforma PIP miała dać inspektorom uprawnienie do zamiany nieprawidłowo stosowanych umów cywilnoprawnych (w tym B2B) na etaty, jeśli w praktyce spełnione były przesłanki stosunku pracy.
To bardzo ważna zmiana, która bez wątpienia jest oczekiwana przez wiele środowisk pracowniczych. Dodatkowo, projekt wprowadzał też szerszą wymianę danych między ZUS, PIP i KAS, kontrole zdalne, elektroniczną dokumentację, wyższe i bardziej odstraszające kary za wykroczenia przeciwko prawom pracownika oraz wieloletnią strategię wzmocnienia PIP.
Przeciwko takim zapisom od początku protestowało Rządowe Centrum Legislacji i część organizacji pracodawców, które oceniły pomysł przymusowego przekształcania umów jako naruszający konstytucyjne zasady swobody działalności gospodarczej i wyboru formy zatrudnienia.
Lewica: to nasz sztandar i kamień milowy KPO
Bardzo ostro projekt forsowali natomiast polityczni koalicjanci Donalda Tuska z Nowej Lewicy. Po decyzji premiera liderzy tego środowiska położyli uszy po sobie i pozorują działania, które w ich mniemaniu pozwolą im ratować resztki godności. Marszałek Sejmu i lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty zapowiedział, że decyzji premiera nie traktuje jako końca prac nad ustawą i przyjmuje, że Tusk nie zgadza się na rozwiązania „w tym kształcie”, więc Lewica ma przygotować nowe propozycje.
Czarzasty zapewnił także, że jego ugrupowanie „na pewno nie zgodzi się na dalszy kształt funkcjonowania umów śmieciowych” i nie bierze pod uwagę wyjścia z koalicji, ale zapowiada twardą walkę o ograniczenie śmieciówek.
Jednocześnie, jak przypomniał rzecznik Nowej Lewicy Łukasz Michnik, reforma PIP jest jednym z kamieni milowych w KPO. Rzecznik był bardziej odważny niż szef ugrupowania i ostrzegł, że porzucenie projektu może kosztować Polskę około 11 mld zł oraz dodatkowo ok. 2 mld zł rocznie z tytułu fikcyjnego samozatrudnienia.
Dziemianowicz‑Bąk i Lewica: śmieciówki to „patologia”
Do sprawy odniosła się minister pracy Agnieszka Dziemianowicz‑Bąk, która podkreśliła, że celem reformy PIP miała być ochrona pracowników przed „patologią umów śmieciowych”, która uderza m.in. w kobiety w ciąży pozbawione z dnia na dzień zatrudnienia i podstawowych świadczeń.
Minister zapowiedziała także rozmowy z koalicjantami o „kształcie skutecznego narzędzia”, przy czym dodała, iż jej zdaniem spór dotyczy narzędzi, a nie samego celu walki z nadużywaniem śmieciówek.
Znów, bardziej odważny i konkretny był rzecznik Nowej Lewicy, który wyliczał, iż śmieciówki odbierają ludziom prawo do urlopu, L4, urlopów macierzyńskich, ochrony przed nagłym zwolnieniem czy odpraw, a polski pracownik nie powinien być mniej chroniony niż niemiecki czy francuski.
Polityczne upokorzenie koalicjantów Tuska
To, co dla Lewicy jest kolejnym bolesnym, publiczne upokorzeniem, dla Tuska jest przede wszystkim próbą pokazania się jako „obrońca przedsiębiorców” przed „nadmierną władzą urzędników”.
Jednocześnie decyzja premiera de facto podcina sztandarowy projekt Lewicy: zamiast obiecywanego twardego uderzenia w umowy śmieciowe, koalicjant słyszy publiczne „sprawa jest zamknięta”, co nie tylko w środowisku Nowej Lewicy wywołuje zaskoczenie i oskarżenia o łamanie umowy koalicyjnej.
Równocześnie rząd staje przed koniecznością renegocjacji kamienia milowego KPO dotyczącego wzmocnienia PIP.
Eksperci ostrzegają, że rezygnacja z reformy w obecnym kształcie może oznaczać utratę nawet kilku miliardów euro lub konieczność szybkiego przygotowania alternatywnej reformy rynku pracy.
źr. wPolsce24











