Szokujące słowa po zamachu w Berlinie. "Miałam nadzieję, że to biały chrześcijanin"

Liczyli na to, że sprawcą będzie „biały chrześcijanin”, bo pasowałoby to do ich światopoglądu. Gdy okazało się, że był to radykalny islamista – rozczarowanie.
Kogo nienawidzicie? Samych siebie nienawidzicie
To nie jest pojedynczy przypadek. To symptom głębokiej choroby części lewicy – nienawiści do własnej cywilizacji. Biały, chrześcijański Europejczyk jest dla nich wrogiem numer jeden, nawet jeśli fakty wskazują na zupełnie inne zagrożenie. Islamista może być tylko „ofiarą”, „traumatycznym produktem kolonializmu” czy „wykluczonym”. Biały chrześcijanin – nigdy.
To nie jest już zwykła głupota. To jest niebezpieczne. Bo gdy ideologia staje się ważniejsza od faktów, gdy życzy się, żeby zamachowiec pasował do obrazu "naszego wroga", to znaczy, że człowiek przestał się liczyć. Liczy się tylko narracja.
Zapamiętajmy słowa z Berlina
Polacy powinni to zapamiętać. Bo taka postawa nie dotyczy tylko Niemiec. Ona jest obecna także w Polsce – w mediach, w części polityków i aktywistów. Zawsze gotowych bronić „innego”, nawet kosztem prawdy i bezpieczeństwa własnych obywateli. To nie jest lewica, która chce dialogu. To jest lewica, która chce zwycięstwa swojej ideologii – nawet jeśli miałoby to oznaczać, że „biały chrześcijanin” musi być winny, nawet gdy nie jest. Szokujące. I niebezpiecznie nienormalne.
Olgierd Jarosz











