Sekielski zachwycony opisem Czarzastego, co takiego robił w polu. Degrengolada postępuje

Wypowiedź Włodzimierza Czarzastego o jego polnych defekacjach sprzed lat miała – w zamyśle autora – stanowić jaskrawy obraz tego, jakim dobrem jest Unia Europejska. Nawet jeśli uznać intencję za słuszną, to sam fakt, że druga osoba w państwie – Marszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej – ucieka się do słownictwa rodem z najgorszej meliny, budzi czystą żenadę.
Tysiące słów, wybrał najgorsze
Żyjemy w kraju o bogatej tradycji literackiej i językowej. Każda osoba o minimalnej kulturze osobistej, szukając metafory dla cywilizacyjnego zacofania czy niedorozwoju infrastruktury, potrafiłaby dobrać chociażby słowa o „braku sanitariatów”, „siermiężnych warunkach” czy „braku podstawowej infrastruktury”.
Tymczasem polityk stojący na czele polskiego parlamentu rzuca w przestrzeń publiczną dosłownym i ordynarnym cytatem o „sraniu w polu”. To nie jest wypowiedź przypadkowego przechodnia – to słowa człowieka, który reprezentuje powagę polskiego państwa.
Sekielski zachwycony
Jeszcze bardziej wymowna jest reakcja dziennikarza Tomasza Sekielskiego, który z pełną powagą i wręcz filozoficznym zacięciem postanowił rozgrzeszyć ten knajacki wyskok marszałka Sejmu. Stwierdził bowiem: „Ja uważam, że ponieważ przywykliśmy tak bardzo do tej Unii, może właśnie taka opowieść o sraniu w polu najbardziej przypomni ludziom, jak siermiężna i toporna była nasza rzeczywistość”.
Ta wypowiedź idealnie pokazuje, jak świetnie ordynarny język dzisiejszych rzekomych „elit” współgra z wrażliwością wspierających je mediów. Zamiast zwrócić uwagę na absolutny brak klasy i upadek obyczajów na szczytach władzy, Sekielski dorabia do wulgarnego wyskoku głęboką ideologię.
Przestańcie udawać arbitrów elegancji!
Od lat politycy i sprzyjający im dziennikarze spod znaku III RP próbują pouczać Polaków. Z wyższością mówią o kulturze, „europejskich standardach”, wykształceniu i rzekomej wyższości moralnej nad resztą społeczeństwa.
Jednak gdy przychodzi do praktyki, maski spadają. Zamiast wysublimowanego języka i parlamentarnej klasy dostajemy wulgarność, którą koleżanki i koledzy z tej samej strony politycznej barykady natychmiast uznają za „trafną opowieść”.
Czas wreszcie powiedzieć to wprost: przestańcie udawać arbitrów elegancji. Prawdziwa kultura osobista nie polega na dyplomie w kieszeni czy zasiadaniu eksponowanych stanowiskach - czy to w parlamencie czy w mediach, ale na szacunku do języka i odbiorców. A ten – jak widać na załączonym obrazku – szoruje dziś po dnie. I naprawdę szkoda Polski, że dorobiła się takich prostaków poprzebieranych za "elity".
Olgierd Jarosz









