Publicystyka

Czy Trump faktycznie dokona inwazji na Grenlandię? Wyjaśniamy

opublikowano:
mid-epa12649468_2
Szanse na to, że USA faktycznie zaatakują Grenlandię, są skrajnie małe (fot. PAP/EPA/Thomas Traasdahl)
Wypowiedzi polityków i komentatorów – zarówno z USA, jak i Europy – budzą wrażenie, że amerykański atak na Grenlandię jest niemal przesądzony. Czy prezydent USA Donald Trump faktycznie jednak zdecyduje się na wzięcie jej siłą?

Konflikt między USA i Danią o kontrolę nad Grenlandią nie jest niczym nowym. W ostatnim czasie po raz kolejny stał się jednak obiektem zainteresowania opinii publicznej. Przedstawiciele Białego Domu otwarcie twierdzą, że Grenlandia stanie się amerykańska i sugerują, że wprawdzie woleliby ją kupić – USA pozyskała znaczną część swojego dzisiejszego terytorium poprzez odkupienie go od innych państw, w tym Danii – ale jeśli będzie trzeba, to nie cofną się przed zabraniem go siłą. Duńscy politycy i ich europejscy sojusznicy potępiają takie podejście i deklarują, że do tego nie dopuszczą. Razem z często histeryczną narracją w mediach sprawia to wrażenie, że atak na Grenlandię jest już w zasadzie przesądzony i tylko cud sprawi, że Trump zrezygnuje z tych planów.

O tym, co jest podłożem obecnego konfliktu i dlaczego Trumpowi tak bardzo zależy na Grenlandii pisaliśmy już tutaj. Teraz spróbujemy sobie odpowiedzieć na inne pytanie – czy istnieje ryzyko, że USA wypowiedzą wojnę Danii i dokonają inwazji na Grenlandię?

Dania nie miałaby szans

Z czysto militarnego punktu widzenia, dokonanie takiej inwazji nie byłoby dla USA wielkim wyzwaniem. Dania to małe państwo, które ma dość nowoczesne, ale bardzo małe siły zbrojne. Ich armia liczy dwie brygady, ich marynarka to garstka fregat i mniejszych jednostek, jak patrolowce czy trawlery, a lotnictwo to kilkanaście przestarzałych wariantów F-16, które są obecnie wycofywane ze służby, i 21 F-35. Do tego Dania nie ma zbytnio zdolności do projekcji siły na tak ogromną odległość, podczas gdy Grenlandia jest w pobliżu USA, a Amerykanie już teraz mają tam bazę wojskową z lotniskiem, która znacząco ułatwiłaby im przerzucenie na nią dodatkowych sił. W razie otwartego konfliktu nikt nie łudzi się, że Dania broniłaby się dłużej, niż w 1940 roku broniła się przed Niemcami.

Sprawę komplikuje nieco fakt, że zarówno Dania, jak i USA są członkiem NATO. Gdyby w razie ataku na Grenlandię Kopenhaga aktywowała Artykuł 5, zgodnie z którym atak na jednego członka sojuszu jest atakiem na wszystkich, a inne państwa potraktują to poważnie i rzucą do jej obrony swój pełny potencjał. W takiej sytuacji potencjał byłby już bardziej wyrównany. Jednak o ile wojska europejskich członków NATO mogłyby wystarczyć, by odeprzeć amerykańską agresję na stary kontynent, o tyle nie-amerykańscy członkowie Sojuszu mają zdecydowanie mniejsze zdolności logistyczne i projekcji siły niż USA. Innymi słowy, w takim wypadku raczej nie zobaczylibyśmy parady amerykańskich żołnierzy pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu, ale nie zobaczylibyśmy także, jak Innuici witają kwiatami europejskich wyzwolicieli. Nie mówiąc już o tym, że w razie takiego konfliktu jest wielce prawdopodobne, że Amerykanie podbiliby słabą militarnie Kanadę.

Oczywiście to, że faktycznie przyjdą Danii z pomocą, to bardzo wielkie „być może”. Jak informowaliśmy wcześniej, już teraz kilka państw NATO zdecydowało się wysłać na Grenlandię swoje wojska. Ma to na celu pokazanie Trumpowi, że sojusznicy traktują sprawę bezpieczeństwa tej wyspy poważnie. Skala tej „demonstracji siły”, która oficjalnie jest zwykłymi ćwiczeniami wojskowymi, nie robi jednak wrażenia. Francuzi wysłali 15 żołnierzy, Niemcy 13 – którzy zostaną tam do przyszłej środy. Norwegia wysłała dwóch, a Wielka Brytania jednego. Premier Donald Tusk ograniczył się do wygłoszenia banałów o tym, że amerykańska interwencja zbrojna na Grenlandii będzie polityczną katastrofą, ale już zdążył zadeklarować, że nie wyśle żadnego. Dla porównania na wyspie obecnie stacjonuje ok. 150 amerykańskich żołnierzy, a nawet w świetle obecnych umów z Danią Amerykanie mogą zwiększyć ich liczebność.

Więcej strat niż korzyści 

Powiedziawszy to, trzeba jednak stwierdzić, że ryzyko, że dojdzie do zbrojnej konfrontacji, jest niezwykle małe. Istnieje kilka powodów. Jednym z najważniejszych jest NATO – ale nie dlatego, że jego członkowie mogliby zaatakować USA. W przeszłości dochodziło do incydentów między Turcją i Grecją, które są członkami Sojuszu, ale otwarty atak jednego państwa NATO – i to tego najważniejszego – na innego członka, celem zdobycia terytorium, byłby sytuacją całkowicie bezprecedensową. Wszyscy są raczej zgodni, że NATO nie przetrwałoby takiej próby, a na jego upadek Amerykanie nie mogą sobie pozwolić.

Amerykańscy politycy, z Trumpem na czele, lubią narzekać, że inni sojusznicy oszczędzają na swojej obronie, żerując na tym, że USA wydaje gigantyczne kwoty na swoje siły zbrojne. Nie jest to nieprawda, ale mniej mówi się o tym, że istnienie NATO jest bardzo opłacalne także dla nich. Hegemonia USA opiera się bowiem na kilku filarach, jak dominacja technologiczna czy rola dolara jako waluty międzynarodowej, ale jednym z najważniejszych jest ich zdolność do projekcji siły. Zupełnie inaczej traktuje się państwo, które może w dowolnej chwili przerzucić swoje siły w dowolny punkt globu. USA mają jednak tę zdolność głównie dzięki dostępowi do baz wojskowych na terytorium swoich sojuszników. Jeśli straciliby dostęp do baz NATO, takich jak niemiecki Ramstein czy hiszpańska Rota, ich zdolność do projekcji siły, a tym samym pozycja międzynarodowa, uległyby znacznemu osłabieniu. Nie mówiąc już o tym, że w razie konfliktu z NATO straciliby też ogromne ilości sprzętu wojskowego, jakie trzymają na wszelki wypadek w amerykańskich magazynach, w tym bomb atomowych trzymanych w Europie w ramach nuclear sharing. Osłabiłoby to także ich wartość dyplomatyczną, bo po takim konflikcie nikt nie ufałby im już jako sojusznikom. Zdobycie Grenlandii i płynące z tego dla USA korzyści, w porównaniu do strat, byłyby bardzo małe.

Nic nie zrobi bez zgody Kongresu

Trump ma skłonność do mówienia różnych, często kontrowersyjnych rzeczy, ale postępuje raczej racjonalnie. Nawet jednak zakładając, że postąpi całkowicie nieracjonalnie i zdecyduje się zaatakować Grenlandię, nie będzie to dla niego łatwe z powodu podziału władzy. W USA to Kongres bowiem wypowiada wojnę i udziela prezydentowi zgody na użycie sił zbrojnych.
To prawda, że Amerykanie po raz ostatni wypowiedzieli wojnę w 1942 roku – Węgrom, Rumunii i Bułgarii. Znakomita większość następnych interwencji zbrojnych w ich wykonaniu miała zgodę Kongresu, wyrażoną w takiej czy innej formie, zwykle za pomocą specjalnej ustawy zwanej Autoryzacją Użycia Sił Zbrojnych. Te, które nie miały, to były krótkie, chirurgiczne uderzenia – jak np. amerykańskie naloty na Iran – często motywowane walką z terroryzmem. Widać to było nawet podczas operacji pojmania Maduro. Żołnierzom towarzyszyli w niej agenci FBI, i to właśnie oni zatrzymali wenezuelskiego dyktatora, by Trump mógł twierdzić, że to nie była akcja zbrojna, a zwykła operacja policyjna mająca na celu aresztowanie osoby poszukiwanej przez amerykański sąd, a wojsko miało jedynie chronić policjantów.

Atak na Grenlandię nawet najzdolniejszym prawnikom i dyplomatom, których zatrudnia Biały Dom, raczej trudno byłoby przedstawić jako operację antyterrorystyczną czy policyjną. W razie, gdyby Trump wysłał wojska bez zgody Kongresu, w grę wchodzi Ustawa o Uprawnieniach Wojennych z 1973 roku. Amerykańskie prawo przewiduje, że w sytuacji awaryjnej prezydent może nakazać użycie wojska bez czekania, aż Kongres wyrazi na to zgodę. Zgodnie z tą ustawą musi jednak powiadomić o tym Kongres na piśmie, w ciągu 48 godzin od ich użycia. A jeśli Kongres nie wyrazi na to zgody, będzie musiał wycofać je po maksymalnie 60 dniach.

Przyjęcie tej ustawy w czasach Nixona do dziś budzi w USA kontrowersje. Sam Trump twierdził, że jest niezgodna z konstytucją. W USA jednak to Sąd Najwyższy (SCOTUS) decyduje o tym co jest, a co nie jest zgodne z konstytucją, i na razie nie uznał tej ustawy za niekonstytucyjną, co oznacza, że jest ona obowiązującym prawem. To z kolei oznacza, że jeśli Trump ją złamie, narazi się na kolejny impeachment. Biorąc pod uwagę, że jego groźby wobec Danii budzą publiczny opór także wśród znacznej części Republikanów, jest niemal pewne, że w takiej sytuacji straci stanowisko. Dla Republikanów byłby to także wielki problem polityczny, bo sondaże jasno pokazują, że większość Amerykanów nie chce wojny z Danią, a dla żelaznego elektoratu prawicy obietnica Trumpa, że nie wpakuje kraju w żadne bezsensowne wojny, jest bardzo ważna.

Będą działać jeśli poczują się zagrożeni 

Oczywiście to wszystko dotyczy obecnego względnego pokoju. Kalkulacja zmieni się całkowicie, jeśli USA poczują się zagrożone. Jeśli dojdzie do otwartego konfliktu z Chinami czy Rosją, Grenlandia z racji swojego położenia w pobliżu USA i kluczowej roli w zabezpieczeniu tzw. przesmyku GIUK, stanie się dla USA bardzo poważnym problemem. Każde ryzyko, że zostanie zdobyta przez wrogie państwo, nie ważne jak małe, będzie wtedy zbyt duże i inwazja na nią, jeśli Duńczycy nie oddadzą jej dobrowolnie, z skrajnie mało prawdopodobnej stanie się niemal pewna.

Amerykanie już to przećwiczyli. Gdy w kwietniu 1940 roku rząd Danii poddał się Niemcom po sześciogodzinnym oporze i od razu zaczął kolaborować, władze Grenlandii – która wtedy jeszcze była typową kolonią – zaczęły ignorować rozkazy z Kopenhagi i ogłosiły de facto niepodległość. Bojąc się, że Niemcy ją podbiją i użyją jako np. bazy dla u-bootów atakujących amerykańską żeglugę czy bombowców strategicznych, a także odcięcia od niezbędnego w produkcji aluminium kriolitu z grenlandzkich kopalń, Amerykanie zmienili ją w de facto swój protektorat. Jeszcze przed przystąpieniem do wojny Amerykanie podpisali z ambasadorem Danii Henrikiem Kauffmannem umowę – i nie przejęli się tym, że rząd Danii nie wyraził na to swojej zgody i uznał go za zdrajcę. Po wojnie oddali Danii kontrolę dopiero, kiedy Kopenhaga zgodziła się, by ich wojska mogły zostać na wyspie.

W co gra Trump? 

Jeśli jednak inwazja na Grenlandię jest obecnie tak mało prawdopodobna – to po co Trump i jego ludzie sugerują, że jest możliwa? Odpowiedzi na to pytanie może być wiele. Najbardziej prawdopodobną jest to, że to tylko strategia negocjacyjna. Trump chce pozyskać Grenlandię od dawna, mówił o tym już podczas pierwszej kadencji. Jego starania nie przyniosły jednak na razie żadnych konkretnych skutków, a rząd Danii jasno deklaruje, że nie odda jej za żadną cenę. Być może budując poczucie, że alternatywą dla dogadania się jest wojna, Trump chce skłonić Kopenhagę do ustępstw. Równocześnie Dania pod wpływem jego nacisków już teraz zapowiada większe inwestycje w jej obronność. Jeśli założymy, że Trump faktycznie nie chce dokonać inwazji, to leży to w interesach USA, gdyż większe bezpieczeństwo Grenlandii zwiększa też bezpieczeństwo USA, a rachunek za to płacą duńscy, a nie amerykańscy podatnicy. 

Inną teorią jest to, że w ten sposób próbuje odwrócić uwagę od czegoś innego. Wiele wypowiedzi jego samego i jego ludzi faktycznie sprawia wrażenie, że zaprojektowano je, by wzbudziły jak największe oburzenie. Być może ma to na celu odwrócenie uwagi od sytuacji w kraju, np. ciągłych problemów z inflacją, ale bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz. Nie tak dawno temu Amerykanie porwali przywódcę innego państwa, z którym nie są w stanie wojny, by postawić go przed sądem. W normalnych okolicznościach mogłoby to wywołać gigantyczny międzynarodowy skandal. Zaraz po tej akcji wypowiedzi jego doradców o Grenlandii sprawiły jednak, że cały świat skupił się na niej i nikt już praktycznie nie mówi o Maduro. To, że pojawiły się dokładnie w tym momencie, nie wydaje się być przypadkowe. Możliwe też, że Trump w ten sposób przesuwa okno Overtona. Upraszczając – wobec tego, że Trump grozi sojusznikowi z NATO wojną, jeśli ten nie odda mu swojego terytorium, jego inne działania – jak np. groźby interwencji zbrojnej w Iranie – wydają się być dużo bardziej umiarkowane, niż byłyby normalnie.

Nie można też wykluczyć, że Trump stosuje „teorię szaleńca”. Ta teoria prowadzenia polityki wywodzi się z pism Machiawielliego, ale dziś powszechnie łączona jest z prezydentem Nixonem. W skrócie chodzi w niej o to, że przywódca państwa udaje, że jest dużo bardziej agresywny i nieracjonalny, niż jest w rzeczywistości. Dzięki temu w dyspucie przeciwnicy szybciej i mocniej ulegają, bo boją się, że odpowiedź na eskalację będzie nieproporcjonalnie agresywna. Grożenie sojusznikowi wojną, by zwiększyć własne bezpieczeństwo – co USA mogłyby zrobić także dużo bardziej pokojowymi metodami – nie jest z żadnej strony racjonalne. Ale to każe się np. Putinowi zastanowić, jak Trump zareaguje np. na to, że nie są skłonni do negocjacji w sprawie Ukrainy. Politolodzy sprzeczają się, czy ta metoda sprawowania polityki zagranicznej jest skuteczna, i czy jej plusy nie są mniejsze od minusów, ale sam Trump w przeszłości już kilka razy sugerował, że ją stosuje. Na przykład w 2024 roku powiedział w wywiadzie dla Wall Street Journal, że Xi Jinping nie zaatakuje Tajwanu, bo wie, że jest szalony. Groźby wobec Danii na pewno wzmocnią jego wizerunek osoby, która na każdą przeciwność jest w stanie zareagować nieproporcjonalnie wielką siłą.

źr. wPolsce24

Świat

Bliskie relacje, wielka polityka. Nawrocki i Trump rozmawiają o Polsce

opublikowano:
Spotkanie dwóch przywódców politycznych – lidera Polski i prezydenta USA – siedzących razem w eleganckim, ozdobnym wnętrzu podczas rozmów dyplomatycznych, ujęcie z transmisji telewizyjnej z paskiem informacyjnym o „osobistej przyjaźni i twardym sojuszu” oraz relacjach Polska–USA.
Nieoficjalna wizyta K.Nawrockiego w USA, potwierdza doskonałe stosunki z D.Trumpem (fot. wpolsce24)
Wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych stała się okazją do nieformalnych, ale strategicznie istotnych rozmów na najwyższym szczeblu. Relacje polsko-amerykańskie, bezpieczeństwo regionu oraz obecność wojsk USA w Polsce - to tematy które zostały poruszone w rozmowach Trump-Nawrocki.
Polska

Strategiczne rozmowy Nawrockiego w USA. Rząd odpowiada atakiem i manipulacją

opublikowano:
Rafał Leśkiewicz udziela wywiadu mediom na temat wizyty prezydenta Nawrockiego w USA i relacji polsko-amerykańskich.
Rafał Leśkiewicz (fot. wPolsce24)
Wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych skoncentrowała się na rozmowach dotyczących bezpieczeństwa Polski oraz wzmocnienia obecności wojsk amerykańskich w regionie i budowie stałej infrastruktury wojskowej. Jak podkreśla rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, była to wizyta o wyjątkowym znaczeniu politycznym i dyplomatycznym. Jednocześnie mówił o „festiwalu kłamstw i manipulacji”, wypominając przedstawicielom rządu brak wsparcia dla działań głowy państwa i próbę ich podważania.
Publicystyka

Jak tak można? Ci podli Polacy cieszą się, bo Niemcy odpadli z mundialu! Wstyd

opublikowano:
Polacy się cieszą z niemieckiej klęski
Polacy się cieszą z niemieckiej klęski (fot. wPolsce24)
Stało się. Potęga, która miała miażdżyć rywali na piłkarskich boiskach, spakowała walizki i wraca do domu w atmosferze absolutnego skandalu. Niemiecka reprezentacja znowu zaliczyła spektakularną klęska na mistrzostwach świata, a w polskim internecie... eksplodował festiwal czystej radości.
Publicystyka

Gabinet osobliwości... i żenady. Jak wicepremierzy Tuska robią z siebie pośmiewisko w sieci

opublikowano:
2412439_3
Sikorski poczuł się jak Pablo Escobar. Minister najwyraźniej przeholował z filmami (fot. wPolsce24)
Poważna polityka, dostojeństwo urzędu, dyplomacja na najwyższym szczeblu? Zapomnijcie. Obecna ekipa rządząca najwyraźniej uznała, że zarządzanie dużym europejskim krajem najlepiej wychodzi w rytm tik-tokowych trendów i przaśnych filmików. Ostatnie popisy wicepremierów rządu Donalda Tuska pokazują, że granica żenady została nie tyle przekroczona, co przebiegnięta i pozostawiona daleko w tyle.
Publicystyka

Wije się, kluczy i próbuje rozmyć temat - zdenerwowany Tusk w końcu zareagował na aferę szpitalną i przyznał, że istniały saloniki VIP

opublikowano:
Donald Tusk podczas konferencji prasowej przyznał istnienie saloniku VIP
Donald Tusk podczas konferencji prasowej przyznał istnienie saloniku VIP (fot. PAP/Leszek Szymański)
Premier staje przed kamerami i wyraźnie się wije. W obliczu gigantycznego skandalu w Warszawskim Szpitalu Południowym i ujawnienia patologii w systemie ochrony zdrowia, reakcja szefa rządu jest zdecydowanie spóźniona. Zamiast męskiego uderzenia w stół i zdecydowanych działań, zobaczyliśmy zdenerwowanego polityka, który kluczy i próbuje gasić pożar ogólnikami.
Publicystyka

Tusk bezczelnie atakuje Daniela Obajtka i pochwala przemoc! Nokautująca riposta europosła. Można tylko rzucić ręcznik

opublikowano:
Daniel Obajtek bez litości dla Donalda Tuska
Daniel Obajtek bez litości dla Donalda Tuska (fot. wPolsce24)
Donald Tusk po raz kolejny udowodnił, że standardy demokratyczne i kultura polityczna są mu całkowicie obce. Podczas oficjalnego wystąpienia, szef rządu w kuriozalny sposób odniósł się do skandalicznych wydarzeń i szarpaniny, do której doszło w spółce Solino. Zamiast potępić agresję, Tusk z nieskrywaną satysfakcją pochwalił atak na europosła Daniela Obajtka, stwierdzając z uśmiechem, że ta „akcja miała symboliczny wymiar” i „pokazała właściwe miejsce panu Obajtkowi”. Na te prowokacyjne i pełne pogardy słowa błyskawicznie zareagował sam Daniel Obajtek. W studiu telewizyjnym wPolsce24, w rozmowie z Szymonem Szeredą były prezes Orlenu nie gryzł się w język i wymierzył premierowi potężny, merytoryczny cios, który pozostawił Tuska bez jakichkolwiek argumentów.