Zasztyletował żonę półtora roku temu i już jest wolny! Lawina umorzeń w polskich sądach po brutalnych zbrodniach

W piątek Sąd Okręgowy w Poznaniu umorzył postępowanie wobec 58-letniego Zbigniewa G., który w sierpniu 2024 roku zadał swojej żonie kilkadziesiąt ciosów nożem.
Zwłoki kobiety znaleziono w mieszkaniu na os. Stefana Batorego w Poznaniu. Przyczyną śmierci był ostry krwotok wewnętrzny i zewnętrzny spowodowany licznymi ranami szyi, klatki piersiowej i brzucha.
Mężczyzna przyznał się do zabójstwa. Tłumaczył, że żałuje, ale nie potrafi wyjaśnić swojego zachowania. Kluczowa okazała się opinia biegłych psychiatrów i psychologów. Sąd uznał, że w chwili czynu miał on w znacznym stopniu ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia czynu oraz pokierowania swoim postępowaniem.
W efekcie postępowanie karne zostało umorzone. Orzeczono środek zabezpieczający w postaci terapii ambulatoryjnej. Po ogłoszeniu wyroku sąd zdecydował o zwolnieniu mężczyzny z aresztu. Ma trafić pod opiekę dzieci. Wyrok nie jest prawomocny – prokurator zapowiedział apelację.
Dla wielu osób to decyzja trudna do zrozumienia. Sprawca przyznaje się do zadania kilkudziesięciu ciosów nożem – i nie trafia ani do więzienia, ani do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. A co jeśli znów dostanie "napadu niepoczytalności" i zasztyletuje kolejną osobę?
Zabójstwo księdza i umorzenie
To nie jedyny przypadek z ostatnich miesięcy. W sprawie brutalnego zabójstwa proboszcza w Szczytnie Sąd Okręgowy w Olsztynie również zdecydował o umorzeniu postępowania karnego wobec sprawcy. Mężczyzna wtargnął na plebanię z metalowym toporkiem i zadał duchownemu śmiertelne ciosy.
Zamiast kary więzienia orzeczono wobec niego pobyt w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Decyzja wywołała falę oburzenia w mediach społecznościowych i wśród części opinii publicznej, która pytała, czy w przypadku tak brutalnej zbrodni nie powinno dojść do klasycznego procesu karnego i wyroku skazującego? Pobyt w zamkniętym zakładzie może się przecież szybko skończyć, jeśli lekarze uznają, że udało się wyleczyć mężczyznę.
Atak siekierą na Uniwersytecie Warszawskim
Równie głośna była sprawa ataku na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego. 22-letni student zaatakował siekierą 53-letnią portierkę zamykającą drzwi do Audytorium Maximum. Kobieta zginęła na miejscu, ranny został także pracownik Straży UW.
Biegli uznali, że w chwili czynu sprawca był całkowicie niepoczytalny. Oznacza to możliwość umorzenia postępowania i zastosowania środków zabezpieczających w postaci leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Jednocześnie eksperci wskazali, że pozostawienie go na wolności stanowiłoby poważne zagrożenie.
W praktyce oznacza to, że o jego dalszym losie – i ewentualnym wyjściu na wolność – sąd będzie decydował cyklicznie, w oparciu o opinie biegłych. Także w tym przypadku istnieje duże prawdopodobieństwo, że sprawca zbrodni opuści mury zakładu w przypadku diagnozy o odzyskaniu zdrowia.
Prawo a poczucie sprawiedliwości
Polskie prawo przewiduje, że osoba niepoczytalna w chwili czynu nie popełnia przestępstwa w rozumieniu kodeksu karnego. W takich przypadkach sąd może umorzyć postępowanie i zastosować środki zabezpieczające – od terapii ambulatoryjnej po bezterminowy pobyt w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.
Problem polega na tym, że kolejne medialne sprawy dotyczą wyjątkowo brutalnych zbrodni. Dla rodzin ofiar i części opinii publicznej rozstrzygnięcia te są trudne do zaakceptowania. Pojawia się pytanie o granicę między realną chorobą psychiczną a mechanizmem, który w praktyce wyłącza odpowiedzialność karną za najcięższe czyny.
Czy to seria przypadków wynikających z dramatycznych zaburzeń psychicznych sprawców? Czy może sygnał, że system coraz częściej sięga po instytucję niepoczytalności? Jedno jest pewne – każda taka decyzja wywołuje ogromne emocje i podważa społeczne poczucie sprawiedliwości. Każda taka decyzja sprawia też, że coraz trudniej czuć się bezpiecznie w miejscu publicznym czy - jak w przypadku Zbigniewa G. - nawet we własnym domu. "Epidemia niepoczytalności" może się przecież nasilać.
źr. wPolsce24 za PAP











