Wynajmujesz mieszkanie w Polsce? Za jeden błąd kobieta musi zapłacić 37 tys. zł

Pani Anna, która przyjechała do Polski z dwójką dzieci, w maju 2023 roku wynajęła mieszkanie w ścisłym centrum Warszawy. Już na samym początku pojawiły się problemy. Choć właściciel zapewniał, że pobliski wykop nie zamieni się w uciążliwą budowę, prace ruszyły pełną parą, a ucieczka przed kurzem i hałasem okazała się niemożliwa ze względu na warunki umowy.
Do mieszkania wlatywało błoto, a standard wykończenia szybko zaczął dawać o sobie znać – psuły się klamki, przeciekał kran, drzwi szafy się zapadały, a laminat był porysowany.
Zgłoszenia na WhatsAppie kończyły się jedynie na obietnicach właściciela o przysłaniu fachowca - były one nieustannie przekładane.
Odcięty prąd i noc poza domem
Jakby tego było mało, lokatorzy musieli mierzyć się z nagłymi przerwami w dostawie mediów. Kobieta co miesiąc regularnie przelewała właścicielowi około 4800 zł na czynsz i opłaty administracyjne oraz osobno opłacała rachunki po otrzymaniu informacji o kwocie. Jednego pewnego dnia z powodu zaniedbań w mieszkaniu odcięto prąd, gdy Anna była w podróży służbowej. Dzieci z nianią musiały spędzić noc poza domem.
Kolejny raz przed odłączeniem gazu z powodu niezapłaconego rachunku ostrzegał dostawca – jak się okazało, właściciel wysłał rachunek na nieaktywny adres e-mail.
Wyprowadzka w pośpiechu
Zmęczona problemami technicznymi pani Anna postanowiła zmienić lokum. Zgodnie z umową uprzedziła właściciela o wyprowadzce z miesięcznym wyprzedzeniem. Właściciel, przebywający wówczas w Hiszpanii, obiecał zwrócić część kaucji wynoszącej 5 tys. zł po odliczeniu niezbędnych kosztów.
Podczas zdania lokalu pojawił się pośrednik, który spóźnił się na umówione spotkanie. Anna musiała wyjechać, a klucze zostały przekazane pod innym adresem. To był kluczowy błąd – nie przeprowadzono wspólnej inspekcji lokalu i nie sporządzono protokołu zdawczo-odbiorczego. Kobieta była gotowa zostawić całą kaucję w wysokości 5 tys. zł na pokrycie kosztów sprzątania i drobnych usterek. Właściciel szybko jednak stwierdził, że mieszkanie jest w „fatalnym stanie” i zażądał najpierw około 15 tys. zł, a po blisko czterech miesiącach milczenia przedstawił ostateczny rachunek: 37,4 tys. zł .
Co znalazło się na gigantycznym rachunku?
Właściciel mieszkania przesłał szczegółowe, choć budzące ogromne wątpliwości wyliczenie kosztów wykonanego za plecami lokatorki remontu:
- 16,6 tys. zł – prace remontowo-instalacyjne,
- 5,5 tys. zł – materiały budowlane,
- 2,4 tys. zł – sprzątanie,
- 5,2 tys. zł – energia elektryczna i gaz,
- 7,7 tys. zł – koszty eksploatacyjne.
Prawnik wkracza do akcji
Pani Anna odmówiła zapłaty i wynajęła prawnika, co kosztowało ją już około 2 tys. zł. Analiza przesłanych przez właściciela dokumentów wykazała szereg rażących nieprawidłowości. Brakowało niezależnej oceny stanu mieszkania po wyprowadzce.
Przedstawione rachunki z Leroy Merlin i Allegro na łączną kwotę 5487,59 zł początkowo nie zawierały specyfikacji zakupionych towarów – podano jedynie kwoty z czeków.
Ponadto przedstawione zdjęcia mające dokumentować stan „przed wynajmem” ukazywały inny grzejnik kuchenny niż ten, który rzeczywiście znajdował się w mieszkaniu podczas pobytu Anny – choć właściciel wpisał jego wymianę w koszty remontu. Prawnik zażądał oryginalnych zdjęć z metadanymi.
Właściciel nie dostarczył żądanych dokumentów ani nie złożył pozwu do sądu. Kobieta deklaruje, że chętnie zapłaci za naturalne zużycie lokalu czy udowodnione szkody powstałe z jej winy, ale nie zamierza finansować drogiego remontu wykonanego bez jej wiedzy i zgody.
źr. wPolsce24 za Business Insider











