Spektakularny samobój Tuska. Chciał uderzyć w Ziobrę, a zablokował jego ekstradycję? W sieci wrze: „Czy on jeszcze panuje nad tym, co mówi?”

Piątkowy występ Donalda Tuska w Sejmie, w którym szef rządu postanowił publicznie odczytywać fragmenty zeznań ze śledztwa dotyczącego afery Zondacrypto, może okazać się dla obecnej koalicji prawną katastrofą. Zamiast pogrążyć Zbigniewa Ziobrę, premier najprawdopodobniej podał mu na tacy kluczowy argument blokujący ekstradycję ze Stanów Zjednoczonych.
Sejmowy spektakl zamiast rzetelnego prawa
Podczas sejmowej debaty Donald Tusk wszedł na mównicę i z emfazą cytował obciążające zeznania świadka w sprawie giełdy Zondacrypto. Mówił o rzekomych obietnicach „ukręcenia łba hydrze”, kwotach sięgających milionów złotych oraz uderzał w rodzinę byłego ministra sprawiedliwości. W ferworze walki politycznej i chęci wywarcia nacisku na posłów przed kluczowym głosowaniem, szef rządu zapomniał – lub zignorował – elementarne zasady procedury karnej oraz prawa międzynarodowego.
Jak szybko wytknęli eksperci, w oficjalnym polskim wniosku o ekstradycję Ziobry ze Stanów Zjednoczonych zarzutów dotyczących Zondacrypto w ogóle nie ma. Co gorsza, publiczne ferowanie wyroków i roztrząsanie materiałów śledztwa przez urzędującego premiera na forum parlamentu to podręcznikowy dowód na polityczny charakter postępowania.
Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysław Rosati postawił sprawę jasno:
Zbigniew Ziobro będzie mógł wykazywać, że jest ścigany z przyczyn politycznych dlatego, że jego wątki w różnych sprawach są wprost omawiane z mównicy sejmowej. Przekazanie ścigania o charakterze politycznym jest przeszkodą do uwzględnienia wniosku w ramach procesu ekstradycyjnego” – podkreślił mec. Rosati, przypominając treść umowy ekstradycyjnej między Polską a USA.
Mówiąc wprost: amerykański sąd, widząc premiera obcego państwa organizującego polityczną nagonkę w parlamencie, ma gotową podstawę prawną do odrzucenia wniosku o ekstradycję.
Sabotaż, amatorszczyzna czy utrata kontaktu z rzeczywistością?
W kuluarach i w mediach społecznościowych zawrzało. Komentatorzy zadają sobie jedno fundamentalne pytanie: jak doświadczony – zdawałoby się – polityk mógł popełnić tak szkolny, dyskwalifikujący błąd?
Wśród niezależnych obserwatorów pojawiają się trzy hipotezy:
-
Cyniczna gra na „gonienie króliczka”: Czy Donald Tusk zrobił to celowo? Wygodniej jest mieć Zbigniewa Ziobrę za granicą i bez końca straszyć nim swój twardy elektorat, niż doprowadzić do procesu, w którym zarzuty mogłyby runąć jak domek z kart.
-
Skrajna niekompetencja: Otoczenie premiera i on sam tak bardzo skupili się na bieżącym, medialnym „grzaniu tematu” i doraźnym poklasku w Sejmie, że nikt z zaplecza prawnego nie pomyślał o konsekwencjach procesowych.
-
Polityczne stetryczenie: W kuluarach coraz głośniej mówi się o syndromie zmęczenia i utracie politycznego instynktu. Szef rządu zdaje się funkcjonować w bańce własnych emocji i zacietrzewienia, nie zdając sobie sprawy ze skutków wypowiadanych słów.
Premier znowu skompromitowany
Zamiast triumfu – wizerunkowa i prawna klęska. Donald Tusk po raz kolejny udowodnił, że w imię sejmowej awantury i taniego poklasku partyjnych klakierów potrafi zdemolować działania własnych prokuratorów. Jeśli amerykański wymiar sprawiedliwości odmówi wydania Zbigniewa Ziobry, głównym autorem tej decyzji będzie nikt inny, jak sam szef rządu w Warszawie.
źr. wPolsce24









