Przez ponad 80 lat używali go jako kowadła. Nie mieli pojęcia, że to fragment legendarnej pancernej bestii

Eksploratorzy z Pruszczańskiego Stowarzyszenia Historyczno-Poszukiwawczego „Faktoria” dokonali zaskakującej identyfikacjij. Przedmiot, który przetrwał 80 lat ciężkiej pracy w gospodarstwie, został zidentyfikowany jako korpus komory zamkowej armaty kalibru 88 mm, stanowiący serce niszczyciela czołgów Nashorn.
Na miejscu odnaleziono unikalny zestaw części w tym korpus komory zamkowej – masywna nasada zamkowa, która mimo dekad uderzeń młotem nie wykazuje pęknięć, co stanowi doskonałe świadectwo jakości stali z zakładów Kruppa. Były tam także drzwi przedziału bojowego – charakterystyczne, pancerne osłony, które chroniły załogę przed odłamkami oraz mniejsze elementy konstrukcyjne – detale mechanizmów, które pozwoliły ostatecznie potwierdzić tożsamość pojazdu.
To, że tak zaawansowany technicznie element przetrwał jako narzędzie warsztatowe, wynikało z powojennej biedy i pragmatyzmu – porzucony, niemiecki sprzęt był dla rolników przede wszystkim darmowym źródłem niezniszczalnej, hartowanej stali.
Potęga i słabości Nashorna
Gdy w 1942 roku w Berlinie zapadła decyzja o budowie Nashorna, cel był jasny: zamontować najpotężniejszą dostępną armatę przeciwpancerną na mobilnym podwoziu, by zatrzymać radziecką lawinę stali.
Miał on jednak swoje wady, takie jak symboliczny pancerz, który chronił jedynie przed odłamkami i ogniem broni maszynowej. Każde trafienie z armaty czołgowej kończyło się tragicznie. Dodatkowo brak dachu narażał załogę na ogień artyleryjski, snajperów oraz ekstremalne warunki pogodowe. Jednak przy tym miał swoje zalety, a jedną z najważniejszych była zdolność eliminacji celów z odległości powyżej 4 km, co czyniło go snajperem pól bitewnych.
Taktyczny paradoks Nashorna
Pojazd ten był ucieleśnieniem kompromisu. Aby zachować mobilność przy tak potężnym uzbrojeniu, zrezygnowano z ciężkiej wieży i grubego pancerza. W efekcie Nashorn musiał obracać się całym kadłubem, by wycelować w przeciwnika, co w bliskim kontakcie było wyrokiem śmierci. Paradoks polegał na tym, że maszyna, która mogła zniszczyć każdy czołg aliantów, mogła zostać wyeliminowana przez zwykły granat wrzucony do środka otwartego przedziału.
Dlaczego to znalezisko jest bezcenne?
Odnalezione pod Pruszczem Gdańskim części to przysłowiowa igła w stogu siana. Nashorn nigdy nie był produktem masowym – wyprodukowano zaledwie 494 egzemplarze. Ich historia zaczęła się z wielkim hukiem na Łuku Kurskim w 1943 roku, gdzie dowiodły swojej morderczej skuteczności.
Znalezisko z Pomorza ma jednak unikalny wymiar lokalny. Według dokumentacji historycznej, w 1945 roku w rejonie Gdańska operowały zaledwie trzy takie pojazdy. Odnaleziony korpus komory zamkowej niemal na pewno należał do jednego z tej nielicznej trójki. Fakt, że tak rzadki fragment przetrwał w przydomowym warsztacie, zamiast trafić do huty w latach 50., graniczy z cudem.
Nowe życie legendy w Poznaniu
Pruszczańskie Stowarzyszenie „Faktoria” od marca 2023 roku udowadnia, że pasjonackie poszukiwania to najlepsza droga do ratowania dziedzictwa technicznego. Dzięki ich profesjonalizmowi, fragmenty „Nosorożca” nie skończą na złomie, lecz trafiły już do Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu. Tam, po konserwacji, staną się częścią ekspozycji, opowiadając o zaawansowaniu metalurgii i brutalności techniki wojennej.
źr. wPolsce24 za euronews.com











