Ministerstwo Edukacji Narodowej potwierdza: szkoły muszą zmienić swoje statusy!

Koniec chaosu w szkołach, czy jeszcze większe zamieszanie?
Jak przyznaje samo Ministerstwo Edukacji Narodowej, dotychczasowe przepisy nie regulowały wprost kwestii wyglądu ucznia. W praktyce, według rzeczniczki MEN Eweliny Gorczycy prowadziło to do absurdów – z jednej strony szkoły były bezradne wobec realnych problemów z dyscypliną czy bezpieczeństwem, z drugiej dochodziło do nadużyć, jak głośne przypadki ingerencji w wygląd uczniów.
Nowe przepisy mają to uporządkować. Uczeń zachowa prawo do swobody w zakresie stroju i wyglądu, ale jednocześnie pojawią się jasne granice – oparte na „ogólnie przyjętych normach społecznych”, bezpieczeństwie i obowiązującym prawie - zapewnia MEN.
To kierunek, który może budzić ostrożny optymizm, ale też obawy o to, że prawodawca posunie się jednak za daleko i da podstawy do pogłębienia samowoli uczniów.
Powrót do normalności?
Ministerstwo zaznacza, że projekt – przynajmniej w pewnym stopniu – zyskuje ponadpartyjne poparcie. Gorczyca powołuje się tutaj na stanowisko Przemysława Czarnka, byłego ministra edukacji, który w pewnych kwestiach "może zgodzić się z obecną szefową resortu Barbarą Nowacką".
Pytanie tylko, czy ta deklaracja nie zostanie nadużyta przez obecne kierownictwo resortu edukacji.
Bo o ile, co do meritum można mieć podobne zdanie i dostrzegać, że problem jest realny, to już droga do jego rozwiązania może być fundamentalnie inna.
Mowa przecież o czymś więcej niż tylko ubraniach. Szkoła ma wychowywać – a wychowanie bez norm i granic jest fikcją.
Autonomia czy furtka do nadużyć?
Projekt zakłada, że szczegółowe zasady będą ustalane w statutach szkół. To rozwiązanie z pozoru rozsądne – uwzględnia różnorodność placówek. Inne realia ma liceum, inne szkoła branżowa, jeszcze inne artystyczna.
MEN zapewnia jednocześnie, że pojawią się mechanizmy kontroli: nadzór kuratora, możliwość odwołań, a także system rzeczników praw uczniowskich.
I tu pojawia się zasadnicza wątpliwość.
Czy zapis o „ogólnie przyjętych normach społecznych” rzeczywiście będzie oznaczał powrót do zdrowego rozsądku? Czy raczej stanie się kolejnym pojęciem rozciągliwym, które każda szkoła – lub urzędnik – zinterpretuje inaczej?
Historia ostatnich lat pokazuje, że takie nieprecyzyjne zapisy bywają wykorzystywane w sposób daleki od intencji ustawodawcy.
Nadzieja… ale bez naiwności
Trzeba uczciwie przyznać: sama idea uporządkowania praw i obowiązków ucznia jest potrzebna. Dotąd brakowało jednego, spójnego katalogu – co szkodziło zarówno uczniom, jak i nauczycielom.
Powstanie instytucji rzeczników praw uczniowskich również może być krokiem w dobrą stronę, o ile nie stanie się narzędziem ideologicznej presji.
MEN deklaruje otwartość na dialog i podkreśla, że prace nad ustawą wciąż trwają. To daje nadzieję, że najbardziej kontrowersyjne elementy mogą jeszcze zostać doprecyzowane.
Sprawdzian dla państwa
Projekt UD222 to coś więcej niż kolejna nowelizacja. To test na to, czy państwo polskie jest jeszcze zdolne do tworzenia jasnych, rozsądnych zasad – opartych na rzeczywistości, a nie ideologii.
Szkoła potrzebuje dziś równowagi: między wolnością a odpowiedzialnością, między prawami a obowiązkami.
Jeśli nowe przepisy rzeczywiście tę równowagę przywrócą – będzie to krok w dobrą stronę.
Jeśli jednak pozostaną jedynie dobrze brzmiącą deklaracją, Polska szkoła nadal będzie dryfować między chaosem a uznaniowością z potężnym oknem na ciche wprowadzanie do niej ideologii, choć i tutaj, przynajmniej według zapewnień MEN, nie ma być miejsca na współtworzenie prawa przez organizację LGBT.
A na to – patrząc na przyszłość młodego pokolenia – zwyczajnie nie możemy sobie pozwolić.
źr. wPolsce24











