Kompromitacja państwa z kartonu. Gdy spadła rakieta, Tusk i Kosiniak wysłali Polaków przed wyłączone telewizory. Dziś odsyłają do strony, która "padła"

Alertów brak, gdy ważą się losy bezpieczeństwa
System Alert RCB przez lata przyzwyczajał nas do wiadomości ostrzegających przed silnym wiatrem, upałem czy lokalną ulewą. Gdy jednak 100 kilometrów w głąb polskiego terytorium wlatuje uzbrojony, rosyjski pocisk manewrujący, państwowy system powiadamiania milczy jak zaklęty.
Mieszkańcy Lubelszczyzny, wybudzeni w środku nocy przez ryk syren alarmowych i odgłos eksplozji, sięgali po telefony w poszukiwaniu jakiejkolwiek oficjalnej informacji. Zamiast tego zderzyli się z głuchą ciszą. Nie wiedzieli, czy trwa atak, czy należy uciekać do piwnic, czy też doszło do pomyłki.
Rządowa ironia: „Włącz telewizor o 3:50 w nocy”
Gdy sprawa stała się głośna, premier Donald Tusk oraz minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz postanowili wytłumaczyć się z tej kompromitacji. Przekaz rządu sprowadził się do twierdzenia, że syreny były „szybszym środkiem”, a państwo działało zgodnie z procedurami. Jakby tego było mało, dzień później władza zaczęła masowo wysyłać do Polaków wiadomości SMS zachęcające do pobierania cyfrowego „Poradnika bezpieczeństwa”.
I tu absurd sięga zenitu. Po pierwsze, po masowej wysyłce strona padła. "To przejściowe problemy związane z dużą liczbą wejść na stronę, bez żadnych problemów technicznych" - słyszymy w komentarzu.
Jednak to nie koniec zaskoczeń. W rządowym instruktażu czarno na białym widnieje zalecenie: „Gdy usłyszysz syreny alarmowe, natychmiast włącz telewizor lub radio”.
Warto zadać rządzącym proste pytanie: co mieszkańcy Lubelszczyzny mieli zobaczyć na ekranach swoich telewizorów o godzinie 3:50 nad ranem? W środku nocy stacje telewizyjne i radiowe nadają powtórki programów, blok reklamowy albo muzykę. Żadna redakcja nie prowadziła na żywo relacji o podlubelskiej eksplozji, bo same media nie posiadały zweryfikowanych informacji. Informowanie obywateli o realnym zagrożeniu i kierowanie ich działaniami to podstawowy obowiązek służb państwowych, a nie komercyjnych stacji telewizyjnych. Zresztą publiczne media, też milczały.
Zrzucanie tej odpowiedzialności na media w godzinach nocnych to jawne kpinie z poczucia bezpieczeństwa Polaków.
Kosiniak z Tuskiem serwują teatr bezradności
Obecna ekipa rządząca, która w kampanii wyborczej odmieniała słowo „profesjonalizm” przez wszystkie przypadki, po raz kolejny udowadnia, że w kryzysowej sytuacji potrafi zaoferować jedynie konferencje prasowe i puste deklaracje. Władysław Kosiniak-Kamysz, jako szef resortu obrony, po raz kolejny pokazuje brak sprawczości. Wojsko wykrywa obiekt, śledzi go przez kilka minut, po czym ten znika z radarów i spada na polskie pole, a obywatel o sytuacji dowiaduje się od sąsiada lub z mediów społecznościowych.
Donald Tusk, mistrz politycznej retoryki, próbuje przekonać Polaków, że brak informacji w SMS-ie to właściwie element przemyślanej taktyki, bo „syrena była szybsza”. Państwo ma chronić i informować, a nie pouczać post factum.
Polacy mają prawo wymagać od państwa sprawnego działania w sytuacjach zagrożenia. Syreny alarmowe wywołują uzasadniony niepokój, ale bez precyzyjnego komunikatu cyfrowego stają się jedynie źródłem paniki. Alert RCB powstał właśnie po to, by w kilkanaście sekund dostarczyć ludziom krótki, jasny komunikat: co się stało, co robić i czy zagrożenie minęło.
Zamiast sprawnego sprostowania i sprawnej komunikacji, dostaliśmy spychologię i cyniczny instruktaż odsyłający do wyłączonych odbiorników TV. Jeśli tak ma wyglądać sprawność operacyjna rządu Donalda Tusk i MON-u pod wodzą Kosiniaka-Kamysza w obliczu prowokacji ze strony Rosji, to mieszkańcy rejonów przygranicznych mają pełne prawo czuć obawę o swoje bezpieczeństwo.
źr. wPolsce24











