Marszałek Czarzasty pochwalił się, że pojechał pociągiem do Niemiec. Ekologia? Nie, fobia

Nie chodziło ani o klimat, ani o budżet państwa. Chodziło o… lęk przed lataniem.
Fobia latania
Podczas konferencji prasowej w Sejmie po tym, gdy szef Nowej Lewicy zastąpił Szymona Hołownię na stanowisku marszałka Sejmu jeden z dziennikarzy zapytał go wprost, czy jego brak sympatii do samolotów wpłynie na aktywność zagraniczną. Pytanie najwyraźniej trafiło w czuły punkt, bo Czarzastego wyraźnie rozbawiło.
- Każdy jest człowiekiem. Ja mam fobię latania. Nie znam ludzi nieułomnych, a ja mam ułomności w sobie wiele. Walczę z tym dzień i noc. Nie zawsze mi wychodzi - przyznał bez ogródek.
To zresztą żadna nowość. Sam marszałek od lat opowiada o swojej aerofobii, czasem w sposób bardzo barwny. W rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” wspominał podróż z końca lat 80., kiedy – by zmierzyć się z lękiem – w samolocie wypił „ze dwa litry wódki”, a po lądowaniu jeszcze koniak w autobusie. Dziś takie metody raczej nie mieszczą się w standardach BHP, ale trauma najwyraźniej została.
Tylko tam, gdzie dojedzie pociąg
Równie otwarcie o sprawie mówią jego współpracownicy. W rozmowie z Onetem jeden z nich przyznał, że fobia przed lataniem może oznaczać mniejszą aktywność marszałka w dyplomacji parlamentarnej. Samoloty odpadają, więc zostają pociągi i samochody. A to automatycznie ogranicza tempo i zasięg wizyt zagranicznych.
Stąd też podróż do Niemiec koleją. Nie manifest ideowy, nie zielona rewolucja w Kancelarii Sejmu, lecz zwykła ludzka słabość, z którą – jak sam przyznaje – Czarzasty próbuje sobie radzić, choć nie zawsze skutecznie.
Marszałek Sejmu udowadnia więc, że dyplomacja, przynajmniej w jego wydaniu, to na razie raczej rozkład jazdy PKP niż tablica odlotów na lotnisku.
źr. wPolsc24 za X/onet











