Ponad 200 ofiar dla naszych smartfonów. Tragedia w kopalni koltanu obnaża globalną hipokryzję

Kopalnia znajduje się na obszarze kontrolowanym przez rebeliancką grupę AFC/M23, wspieraną – jak twierdzi ONZ – przez sąsiednią Rwandę. Region ten od lat jest jednym z najbardziej brutalnych przykładów tego, jak surowce strategiczne zamieniają się w paliwo dla wojen, niewolniczej pracy i masowej śmierci.
Koltan – metal nowoczesnego świata
Rubaya odpowiada za około 15 procent światowej produkcji koltanu – rudy, z której pozyskuje się tantal. To metal o wyjątkowych właściwościach: żaroodporny, odporny na korozję i zdolny do magazynowania ładunku elektrycznego. Bez tantalu nie byłoby nowoczesnych smartfonów, komputerów, podzespołów lotniczych, turbin gazowych, a także zaawansowanych systemów wojskowych – od radarów po rakiety. Innymi słowy: to jeden z fundamentów współczesnej cywilizacji technologicznej. I właśnie dlatego koltan jest wart więcej niż ludzkie życie.
Ręczne kopanie za kilka dolarów dziennie
W Rubayi nie ma nowoczesnych zabezpieczeń, systemów wentylacji, monitoringu osuwisk czy wzmocnionych szybów. Miejscowa ludność – często całe rodziny, w tym dzieci – ręcznie kopie w ziemi, pracując za kilka dolarów dziennie. W porze deszczowej, gdy grunt staje się kruchy, ryzyko osunięć jest ogromne.
Jak powiedział rzecznik lokalnych władz, ziemia po prostu się zawaliła, gdy ludzie znajdowali się w dole. Ci, których udało się wydobyć żywych, odnieśli ciężkie obrażenia. Około 20 rannych trafiło do placówek medycznych – często prymitywnych i przepełnionych. To nie był wypadek. To była katastrofa wpisana w system.
Rebelianci, ONZ i fikcja zakazów
Organizacja Narodów Zjednoczonych oficjalnie potępia wydobycie tzw. „krwawych minerałów” i zakazuje handlu surowcami pozyskiwanymi w warunkach niewolniczej pracy lub pod kontrolą zbrojnych bojówek. ONZ przyznaje jednocześnie, że AFC/M23 splądrowała majątek Rubayi, aby finansować rebelię. Problem polega na tym, że kopalnia działała, ruda była wydobywana, a koltan znajdował nabywców.
Skoro istniał zbyt, istniał też popyt. A skoro popyt istniał, to oznacza, że gdzieś dalej w łańcuchu dostaw – w Afryce, Azji, Europie czy USA – ktoś przymykał oczy.
Cena „postępu”
Ta tragedia brutalnie przypomina niewygodną prawdę: komfort życia w bogatych krajach często opiera się na cierpieniu najbiedniejszych. Żeby świat mógł produkować coraz cieńsze smartfony, coraz szybsze komputery i coraz nowocześniejszą broń, dzieci w Kongu ryzykują życie w prowizorycznych szybach.
Mówimy o „zielonej transformacji”, „cyfryzacji” i „nowoczesnym przemyśle”, ale rzadko dodajemy, że fundamentem tych procesów są miejsca takie jak Rubaya – poza kamerami, poza konferencjami klimatycznymi, poza deklaracjami o prawach człowieka.
Ponad 200 ofiar. I co dalej?
Czy po tej tragedii coś się zmieni? Historia Konga uczy, że raczej nie. Śmierć setek ludzi rzadko zatrzymuje globalny łańcuch dostaw. Telefony nie przestaną się sprzedawać, a producenci znów zapewnią o „etycznych standardach”. Tymczasem w Rubayi ziemia zasypała ludzi żywcem. I to jest prawdziwa cena nowoczesnego świata.
źr. wPolsce24 za reuters.com/YouTube-Firtspost











