Polska drugą Japonią i drugimi USA? Tak, przynajmniej jeśli chodzi o rynek aut elektrycznych

Doświadczony w demaskowaniu mitów o rozwoju elektrycznej motoryzacji dziennikarz Paweł Rygas przedstawił arcyciekawe badania rynku Felipe Munoza, jedenego z czołowych analityków motoryzacyjnych i właściciela serwisu CarIndustryAnalysis. Z globalnych badań Munoza wyszła w sumie mało imponująca średnia sprzedaży aut bateryjnych, która jednoznacznie obala medialną narrację o „dominacji elektryków”.
W wielu przypadkach statystyki są bowiem zawyżane przez wliczanie do nich hybryd plug-in czy innych pojazdów częściowo zelektryfikowanych. Gdy spojrzymy wyłącznie na auta w pełni elektryczne (BEV), obraz rynku staje się dużo bardziej stonowany.
Polska daleko w tyle. I trudno się dziwić
Na tle świata Polska wypada słabo – i to bardzo. W pierwszym kwartale udział samochodów elektrycznych wyniósł w ogólnej sprzedaży zaledwie 5,8 proc. To niemal cztery razy mniej niż w Niemczech i blisko pięć razy mniej niż we Francji.
Powód? Dla wielu kierowców jest oczywisty: cena. Samochody elektryczne wciąż pozostają znacznie droższe od swoich spalinowych odpowiedników. Nawet jeśli koszty eksploatacji bywają niższe, bariera wejścia jest dla przeciętnego Polaka po prostu zbyt wysoka. Efekt jest prosty – elektryki budzą ciekawość, ale nie masową miłość. Co ciekawe jeszcze gorzej sprzedają się elektryki w Japonii, gdzie zaledwie 3 proc. klientów decyduje się na zakup tego rodzaju aut.
Chiny? 60 proc. tylko na papierze
Jednym z największych mitów wokół elektromobilności jest sytuacja w Chinach. Często można przeczytać, że auta elektryczne stanowią tam nawet 60 proc. rynku. To jednak manipulacja statystyką. W rzeczywistości chodzi o segment NEV, który obejmuje nie tylko auta w pełni elektryczne, ale też hybrydy plug-in i inne pojazdy „zelektryfikowane”. Gdy odfiltrujemy te dane, okazuje się, że realny udział samochodów elektrycznych wynosi około 28 proc.
To wciąż imponujący wynik, ale daleki od dominacji. Co więcej, daje to Chinom dopiero 14. miejsce na świecie.
Skandynawia gra w innej lidze
Prawdziwymi liderami elektromobilności są kraje skandynawskie. W Norwegii niemal wszystkie nowe auta to elektryki – ich udział sięga aż 97,9 proc. Wysokie wyniki notują też Dania, Finlandia czy Szwecja.
To jednak specyficzne rynki. Zdaniem Munoza kluczową rolę odgrywają tam potężne zachęty podatkowe, niższe ceny energii oraz struktura zaludnienia. W krajach, gdzie wiele osób mieszka w domach i może ładować auto „pod własnym dachem”, elektryk jest po prostu wygodniejszy. W Polsce – z dominacją bloków i ograniczoną infrastrukturą – wygląda to zupełnie inaczej.
Własna marka robi różnicę
Ciekawy wniosek płynie z krajów takich jak Wietnam czy Turcja. Tam rozwój elektromobilności napędzają lokalne marki – Vinfast i Togg. Obecność „swojego” producenta wyraźnie zwiększa zainteresowanie elektrykami. To pokazuje, że pomysł budowy polskiego auta elektrycznego nie był oderwany od rzeczywistości. Problem w tym, że do dziś nie doczekaliśmy się jego realizacji.
Na rynku gigantów jak w... Polsce
Zaskakujące są też dane z krajów będących potęgami motoryzacyjnymi. W USA udział elektryków to zaledwie 5,9 proc., a w Japonii tylko 2,2 proc. To pokazuje, że nawet największe gospodarki nie rzuciły się bezrefleksyjnie w stronę elektromobilności. Powody są różne – od strategii koncernów po preferencje konsumentów. Jedno jest jednak pewne: globalna rewolucja elektryczna nie przebiega tak szybko, jak jeszcze niedawno przewidywano.
Polacy patrzą na portfel
Na końcu wracamy do Polski. Niski udział elektryków nie wynika z niechęci do nowinek technologicznych, ale z chłodnej kalkulacji. Dopóki ceny pozostaną wysokie, a infrastruktura ograniczona, trudno oczekiwać masowego zwrotu w stronę aut elektrycznych. Polacy nie tyle nie kochają elektryków, co po prostu nie widzą dziś powodu, by za nie przepłacać. Alternatywą dla super drogiej benzyny nie jest też przecież droga energia elektryczna.
źr. wPolsce24 za interia.pl











