Koniec z takimi hulajnogami w Polsce? Zapowiedź ministra wywołała burzę

Hulajnogi elektryczne oraz urządzenia transportu osobistego (UTO) na stałe wpisały się w krajobraz polskich miast. Dla jednych to ekologiczna alternatywa dla wiecznie spóźnionej komunikacji miejskiej, dla innych szybki sposób na ominięcie korków. Choć rosnąca popularność tych pojazdów rodzi naturalne wyzwania w obszarze bezpieczeństwa ruchu drogowego, reakcja rządu Donalda Tuska pokazuje głęboką bezradność wobec rzeczywistych problemów.
Bruksela pozwala, minister rozkłada ręce
Dariusz Klimczak wizerunkowo próbuje kreować się na twardego szeryfa, który „nie pozwoli na to, aby do Polski sprowadzać jakieś eksperymenty elektryczne”.
Nie pozwolę na to, aby do Polski sprowadzać jakieś eksperymenty elektryczne, gdzie to teoretycznie jest hulajnoga, a tak naprawdę to jest motor elektryczny. To przepisy unijne pozwalają naprawdę na sprowadzenie takiego szajsu do Polski. Na pewno na to nie pozwolę” – grzmiał minister na antenie Radia Zet.
W tych kilku zdaniach jak w soczewce skupia się cała narracja obecnej ekipy rządzącej. Brak jakiejkolwiek autorefleksji nad tym, że to polskie ministerstwo posiada odpowiednie instrumenty legislacyjne i kontrolne, by eliminować z ruchu pojazdy niespełniające norm bezpieczeństwa i, że wszelkie niewygodne problemy można tłumaczyć decyzjami UE. Co więcej, przerzucanie odpowiedzialności na „złą Unię” brzmi wyjątkowo mało wiarygodnie w ustach polityka formacji, która jeszcze niedawno zapowiadała „powrót do europejskich standardów” i pełną synergię z Brukselą.
Minister proponuje proste, wręcz banalne rozwiązania:
Wprowadźmy nasze jasne przepisy, gdzie hulajnoga elektryczna ma takie, a nie inne parametry elektryczne i nie da się tego przebić, żeby jechać nią 100 na godzinę po autostradzie”.
Choć brzmi to chwytliwie w radiowym studiu, w praktyce oznacza próbę wyważania otwartych drzwi. Polskie prawo już teraz precyzyjnie definiuje, czym jest hulajnoga elektryczna, a ograniczenia prędkości do 20 km/h obowiązują od dawna. Problemem nie jest brak definicji, ale całkowita niewydolność państwa w egzekwowaniu prawa oraz brak kontroli nad nielegalnymi modyfikacjami sprzętu.
Branża ostrzega: Rząd wylewa dziecko z kąpielą
Na populistyczne pohukiwania ministra infrastruktury błyskawicznie zareagowało Polskie Stowarzyszenie Lekkiej Elektromobilności (PSLE). Eksperci i przedsiębiorcy nie kryją oburzenia stygmatyzowaniem całego sektora za pomocą pogardliwych określeń o „sprowadzaniu szajsu”.
Przedstawiciele branży zwracają uwagę, że uderzanie na oślep w dynamicznie rozwijający się rynek mikromobilności może przynieść fatalne skutki gospodarcze. Zamiast niszczyć legalną, odpowiedzialną i przede wszystkim pożądaną przez Polaków gałąź transportu, ministerstwo powinno usiąść do stołu z ekspertami.
Jak podkreśla PSLE, kluczem do sukcesu jest mądre uszczelnienie przepisów i uderzenie w szarą strefę (np. w warsztaty nielegalnie zdejmujące blokady prędkości w pojazdach), a nie wprowadzanie biurokratycznych zakazów, które uderzą w uczciwych użytkowników i dystrybutorów certyfikowanego sprzętu.
Urzędniczy chaos zamiast strategii
Zamiast merytorycznej debaty o przyszłości polskiego transportu i bezpieczeństwa pieszych na chodnikach, otrzymujemy medialny spektakl. Dariusz Klimczak, szukając taniego poklasku, używa osiedlowego języka wobec produktów technologii, która na świecie jest standardem.
Polacy chętnie sięgają po lekką elektromobilność, ponieważ państwo nie radzi sobie z organizacją sprawnego i taniego transportu zbiorowego. Próba przypisania winy za chaos na drogach „unijnemu szajsowi” to jedynie zasłona dymna dla bezradności resortu infrastruktury. Rządzący muszą zrozumieć, że bezpieczeństwa nie buduje się za pomocą zakazów pisanych na kolanie pod dyktando emocjonalnych wypowiedzi w mediach, ale poprzez egzekwowanie już istniejącego prawa i dialog z rynkiem. Na ten moment minister Klimczak oblał egzamin z jednego i drugiego.
źr. wPolsce24











