Genialny pomysł Niemców! Chodzi o pensje polityków

Czas rozliczać polityków za realne efekty, a nie za obecność przy korycie
Od lat obserwujemy ten sam gorszący spektakl. Niezależnie od tego, jak głęboki kryzys dotyka państwo, jak fatalne w skutkach decyzje podejmują rządzący i jak bardzo ubożeje społeczeństwo, jedno pozostaje niezmienne: pensje parlamentarzystów rosną niemal automatycznie.
Mechanizm ten, funkcjonujący w wielu zachodnich demokracjach (w Niemczech pensje poselskie są automatycznie waloryzowane o wskaźnik wzrostu płac, w Polsce decyduje o tym Sejm), stał się symbolem systemowej niesprawiedliwości. Posłowie sami dla siebie są pracodawcami, sami ustalają reguły i sami przyznają sobie sowite premie z kieszeni podatnika.
Zasada efektywności – kapitalizm dla mas, bizantyjski socjalizm dla elit
W normalnym świecie – tym, w którym żyją wyborcy, przedsiębiorcy i pracownicy sektora prywatnego – obowiązuje twarde prawo rynku: zarabiasz tyle, ile warta jest twoja praca. Jeśli przynosisz straty, ponosisz konsekwencje. Dlaczego ta fundamentalna zasada rzetelności i efektywności (niem. Leistungsprinzip) nie dotyczy tych, którzy roszczą sobie prawo do zarządzania całym państwem?
Obecny system powszechny w większości europejskich krajów, także w Polsce, promuje polityczną mierność. Poseł może przez całą kadencję nie odezwać się ani razu, głosować bezmyślnie pod dyktando partyjnych oligarchów, popierać szkodliwe ustawy niszczące rodzimą gospodarkę, a na koniec miesiąca i tak na jego konto wpłynie przelew na kwotę, o której jego wyborcy mogą jedynie pomarzyć. To nie jest służba publiczna – to ordynarny pasożytnictwo podszyte mandatem demokratycznym.
Kontrola zamiast państwowego rozpasania
Postulat reformy uposażeń parlamentarnych, który wysuwają Niemcy, musi opierać się na odwróceniu wektora władzy. To naród jest suwerenem i pracodawcą, a posłowie – jedynie pracownikami kontraktowymi. Skoro tak, to wynagrodzenie polityków powinno być ściśle powiązane z realizacją obietnic, kondycją gospodarczą kraju oraz realną aktywnością na rzecz obywateli.
Niemieccy publicyści konserwatywni słusznie i złośliwie zauważają, że skoro posłowie lewicowo-liberalnego establishmentu tak chętnie decydują o losach imigranckich gett, to w ramach „wyrównywania doświadczeń” ich diety powinny być obcinane do minimum, a oni sami powinni być wysyłani na obowiązkowe, wolontariackie staże w miejsca, które sami doprowadzili do ruiny (jak berlińskie strefy no-go). Jeśli polityk partii rządzącej twierdzi, że w kraju żyje się świetnie, niech jego pensja odzwierciedla realny poziom życia najuboższych, a nie elitarnej kasty z rządowych limuzyn.
Koniec z automatyzmem chciwości
Każda podwyżka dla parlamentarzystów powinna być przedmiotem twardej, transparentnej i publicznej debaty, a nie technicznym działaniem przeprowadzanym tylnymi drzwiami, często bez informowania opinii publicznej. Presja na polityczne elity rośnie – i słusznie.
Jeżeli klasa polityczna chce płacić sobie stawki menedżerskie, musi zacząć odpowiadać przed narodem jak menedżerowie przed radą nadzorczą. Za błędy, niszczenie gospodarki i działanie wbrew interesowi narodowemu nie powinno być nagród w postaci finansowego eldorado. Czas skończyć z tą hucpą. Albo praca na rzecz wspólnoty i wynagrodzenie za realne sukcesy, albo pożegnanie z poselskimi konfiturami. Bo za co tak naprawdę płacimy politykom, których aktywność na sali sejmowej sprowadza się do naciskania przycisku podczas głosowania, udawania lokomotywy, by zakpić z koleżanki, czy buczenia.
źr. wPolsce24 za welt.de











