Chwile grozy na torze bobslejowym. Szaleńczy zjazd 120 km/h. Bez hamulców!

Incydent miał miejsce na zawodach Pucharu Świata, które odbyły się w niedzielę. Amerykańska drużyna pchnęła bobslej i Horn, jako kierowca, wskoczył jako pierwszy. Drugi w kolejce Ryan Rager potknął się i wywrócił. To wywołało efekt domina. Trzeci w kolejce Hunter Powell pośliznął się i uderzył plecami o ścianę toru. Czwarty, Caleb Furnell, nie mógł ich ominąć i też znalazł się na lodzie.
Horn nie miał innego wyjścia, jak przejechać tę trasę samodzielnie. Jego bobslej był dużo mniej obciążony niż normalnie, więc rozpędził się do prędkości aż 120 km/h. Zawodnik nie mógł też korzystać z hamulców, bo te znajdują się na tylnym siedzeniu bobsleja i obsługuje je czwarty zawodnik.
Na szczęście udało mu się utrzymać na trasie. Dopiero po minięciu linii mety mógł wycofać się na tył pojazdu i złapać za hamulec. Jak informuje agencja AP, Horn zaczynał karierę jako hamulcowy, więc wiedział, co robić.
Gdy jego bobslej w końcu zaczął hamować, inni zawodnicy i trenerzy rzucili się w stronę linii mety, by upewnić się, że nic mu się nie stało. Jak zauważa AP, wielu z nich kiwało głowami z niedowierzaniem, że nie doszło do poważnego wypadku. Sam Horn pomachał do kamery, żeby pokazać, że nic mu nie jest.
- Mieliśmy szczęście, że nie było gorzej – skomentował trener amerykańskiej drużyny Chris Fogt. Dodał, że pozostałym zawodnikom też nic się nie stało.
źr. wPolsce24 za AP











