Były oficer wywiadu nie zostawił suchej nitki na serialu TVP. "Bardzo prorosyjski, a wręcz antypolski"

Akcja serialu "Wojna zastępcza" toczy się na początku lat 90. XX wieku, gdy Polska odzyskiwała suwerenność, a sowieckie wojska opuszczały kraj. Bohaterami jest grupa świeżo zrekrutowanych przyszłych agentów wywiadu, którzy szkolą się w ośrodku w Kiejkutach. Ich zadaniem będzie powstrzymanie sowieckiego generała, granego przez Cezarego Żaka, przed ukryciem i sprzedaniem dwóch głowic atomowych.
Zrobili idiotów z polskich oficerów
W rozmowie z "Rzeczpospolitą" ppłk Marcin Faliński, były oficer Agencji Wywiadu, nie zostawił na tym serialu suchej nitki. Zwrócił uwagę m.in. na to, że produkcja wypacza to, jak wyglądała rekrutacja i szkolenie prawdziwych agentów wywiadu u zarania III RP. Twórcy popełnili też wiele poważnych błędów rzeczowych, jak to, że szkolenie prowadzi żołnierz WSW, chociaż ten ośrodek podlegał pod UOP. Także sama fabuła ma mało wspólnego z rzeczywistością, bo Rosjanie bardzo dokładnie pilnowali swoich głowic atomowych po upadku ZSRR, a w okresie negocjacji wyjścia ich wojsk z Polski nasz wywiad nie zrobiłby nic, co mogłoby doprowadzić do incydentu.
Falińskiemu najbardziej nie spodobało się jednak to, jak przedstawiono w nim oficerów polskiego wywiadu. - Moim zdaniem ten serial to jedna wielka dezinformacja i inspiracja. Jest bardzo prorosyjski, a wręcz antypolski – przekonuje. - Powiem wprost: moim zdaniem jest szkodliwy dla bezpieczeństwa państwa. Powinien zostać zdjęty z anteny, a decydenci, którzy go wprowadzili i w ogóle dopuścili do realizacji powinni podlegać rozpracowaniu służb kontrwywiadowczych i antykorupcyjnych. Podkreślę, serialu w telewizji publicznej!
Oficer zauważył, że ten serial pokazuje polskich szpiegów jako głupków, a polskie służby jako skrajnie niekompetentne – chociaż w rzeczywistości już w tym okresie Polacy byli w światowej czołówce.
- W Polsce powoływane są komisje czy kolejne gremia, które mają walczyć z dezinformacją i wojną informacyjną w cyberprzestrzeni. Tymczasem w telewizji publicznej, w primetimie w niedzielę pokazywana jest na pełną skalę dezinformacja zgodna z rosyjskim przekazem – podkreślił.
Dla Rosjan mieli dużo więcej szacunku
Oficer zwrócił też uwagę na ocieplanie wizerunku Rosjan – jak motyw romansu oficer GRU z oficerem UOP, czy wspólne akcje na Bałkanach. - Słowem jest sympatycznie, kochamy się, bo oni sobie razem imprezują i prowadzą wspólne działania, uwalniając porwaną dziewczynkę, ratując rannych – stwierdził.
Nie spodobała mu się także scena, w której oficer CIA, z nogami na biurku, rzucił Polakom plik banknotów i kazał im zwerbować agenta na Ukrainie. - Wiele można byłoby mówić, ale amerykańskie służby są naszymi partnerami i po partnersku nas traktują. To kolejny policzek nie tylko dla polskich oficerów służb specjalnych, ale i także amerykańskich. To kto na tym zyskuje podprogowo? - spytał.
Faliński zwrócił też uwagę, że reżyser i współscenarzysta tego serialu pochodzi z byłej Jugosławi i rozpoczął studia filmowe w Moskwie. - Jeżeli będziemy emitować w publicznej telewizji, za publiczne pieniądze dezinformację, to jakie my mamy szanse w starciu z takim przeciwnikiem, jakim jest Rosja i jej służby? - pyta.
Bo serial ten jest szkodliwy dla bezpieczeństwa państwa. Robi wodę z mózgów Polakom. - Autorzy filmu fabułę wstawili w konkretne realia polityczne, opisują działania polskiej służby specjalnej – UOP. Jeżeli chcieli stworzyć fikcję mogli wstawić w fabułę wymyśloną instytucję np. Agencję Bezpieczeństwa Narodowego. Wtedy wyglądałoby to zupełnie inaczej – dodał.
źr. wPolsce24 za "Rzeczpospolita"











