Niemcy znowu robią z nas durniów. Sami kupują za miliardy amerykańską broń, a nam wciskają swój "szmelc"

Największe państwo Unii Europejskiej – Niemcy – potrafi z jednej strony pouczać innych o „wzmacnianiu europejskiego przemysłu”, a z drugiej bez większych kompleksów wydawać miliardy euro na amerykańskie uzbrojenie.
Berlin: europejski nauczyciel, amerykański klient
Niemcy oficjalnie promują wizję strategicznej autonomii Europy. W praktyce jednak, gdy w grę wchodzą najnowocześniejsze systemy bojowe, wybór często pada na USA.
Zakup myśliwców F-35 jest tu symbolem. To nie jest drobny kontrakt – to umowa na 10 miliardów euro i decyzja, która wiąże Bundeswehrę z amerykańską architekturą wojskową na dekady. I trudno udawać, że jest to przypadek. W kluczowych technologiach Europa po prostu nadal nie ma pełnej odpowiedzi na ofertę USA.
Jednocześnie Niemcy nie mają problemu, by w Brukseli mówić o konieczności „wspierania europejskiego przemysłu” i wciskania takim państwom jak Polska wielomiliardowych pożyczek na zakup wytworów ich przemysłu zbrojeniowego.
„Europejski przemysł” – hasło, które nie działa w praktyce
Unijne projekty zbrojeniowe mają być odpowiedzią na dominację USA. Problem w tym, że rzeczywistość regularnie weryfikuje te ambitne plany.
Programy wspólne – jak przyszły myśliwiec czy nowa generacja czołgów – grzęzną w sporach, podziałach interesów i przeciągających się negocjacjach. Każdy chce produkować u siebie, każdy chce mieć kontrolę, każdy chce eksportować.
Efekt? Opóźnienia, koszty rosną, a finalnie i tak często okazuje się, że gotowe rozwiązania trzeba kupić… poza Europą.
Polska jako rynek, nie partner?
W tym układzie Polska odgrywa szczególną rolę. Jest jednym z największych inwestorów w modernizację armii w Europie, kupując sprzęt zarówno w USA, Korei Południowej - tak było za rządów PiS, jak i częściowo w Europie.
I tu pojawia się niewygodne pytanie: czy Polska jest traktowana jako równorzędny partner przemysłowy, czy raczej jako rynek zbytu dla cudzych technologii?
Bo podczas gdy Niemcy budują własne zdolności i jednocześnie sięgają po amerykańskie systemy, państwa takie jak Polska często słyszą przede wszystkim o „europejskiej współpracy” – która w praktyce oznacza często zakup technologii rozwijanych gdzie indziej, pod cudzą kontrolą, ale za to w interesie Niemiec.
Prawdziwa gra interesów
Europejska polityka obronna nie jest projektem idealistycznym. To brutalna gra interesów:
- USA sprzedają sprawdzone technologie i utrzymują dominację,
- Niemcy i Francja próbują budować własne imperia przemysłowe,
- mniejsze państwa szukają po prostu sprzętu, który działa i jest dostępny na czas.
W tej układance „solidarność europejska” bardzo często kończy się tam, gdzie zaczyna się twardy kontrakt i realna przewaga technologiczna.
Wniosek niewygodny dla Brukseli i Berlina
Rzeczywistość europejskiej obronności nie przypomina spójnego projektu, tylko rynek pełen rywalizacji i sprzecznych interesów.
I dopóki Niemcy będą jednym z największych klientów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, trudno będzie traktować poważnie narrację o „pełnej europejskiej niezależności”.
Bo ta niezależność – przynajmniej na razie – istnieje głównie w komunikatach politycznych, a nie w hangarach i fabrykach. Dla Niemców najlepszy amerykański sprzęt, dla Polaków niemiecki szmlec.
źr. wPolsce24











