Co tak naprawdę zablokował Karol Nawrocki? Uratował nas przed światem z Orwella!

Wbrew uspokajającym zapewnieniom rządu, zawetowana ustawa nie była jedynie „technicznym wdrożeniem unijnego prawa”. W jej treści znalazły się zapisy, które znacząco wykraczały poza neutralną implementację DSA i dawały polskim urzędnikom realne narzędzia siłowej kontroli nad działalnością internetową.
Jak ujawnił były minister cyfryzacji Janusz Cieszyński, artykuły 22zp–22zza umożliwiały urzędnikowi Urzędu Komunikacji Elektronicznej – w asyście policji – wejście do siedziby prowadzącego forum internetowe, kopiowanie dysków twardych, a nawet plombowanie lokalu. Bez wyroku sądu. Bez realnej kontroli. Na podstawie decyzji administracyjnej.
Nie mówimy tu o walce z przestępczością czy ochronie dzieci. Mówimy o mechanizmie zastraszania, który mógłby zostać użyty wobec niezależnych portali, forów dyskusyjnych, fundacji, a nawet małych redakcji internetowych. Wystarczyłby spór interpretacyjny o „szkodliwą treść”, „dezinformację” lub „naruszenie standardów”, by aparat państwowy mógł wejść z butami w cudzą działalność, zabezpieczyć dane i sparaliżować funkcjonowanie serwisu.
To właśnie dlatego decyzja prezydenta wywołała tak nerwowe reakcje po stronie liberalno-lewicowego establishmentu. Bo weto zablokowało coś, co miało stać się niebezpiecznym precedensem: przeniesieniem realnej władzy nad wolnością słowa z sądów na urzędników. Władzy, która – raz przyznana – nigdy nie pozostaje neutralna politycznie.
Gratulacje z całego świata
Nieprzypadkowo decyzja Karola Nawrockiego została zauważona także poza Polską. Komentatorzy zagraniczni wprost nazwali zawetowaną ustawę próbą wdrożenia „unijnego reżimu cenzury cyfrowej”, a prezydenckie weto – aktem obrony wolności. Słowa, że „państwo ma gwarantować wolność, a nie ją ograniczać”, brzmią dziś jak manifest zdrowego rozsądku w Europie, która coraz częściej myli bezpieczeństwo z kontrolą, a porządek z nadzorem.
Oczywiście rząd i jego medialne zaplecze próbują straszyć Polaków konsekwencjami: Bruksela, kary, "procedury naruszeniowe". To klasyczna narracja szantażu politycznego. Unijne rozporządzenie DSA już obowiązuje, a spór dotyczył tego, jakim kosztem i jakimi narzędziami ma być realizowane w Polsce. Prezydent powiedział jasno: nie kosztem konstytucyjnych wolności i nie poprzez tworzenie cyfrowej policji myśli.
Weto Karola Nawrockiego to sygnał, że nie wszystko wolno w imię „europejskich standardów”. Że granicą integracji jest wolność słowa, prywatność i prawo obywateli do prowadzenia legalnej działalności bez strachu przed nagłą wizytą urzędnika z policją. To także ostrzeżenie: jeśli raz zgodzimy się na takie przepisy, kolejne będą już tylko kwestią czasu.
Dlatego nie ma w tym żadnej przesady: to weto realnie uchroniło Polskę przed "cyfrowym Orwellem". Przed państwem, które zamiast chronić obywatela, zaczyna go nadzorować. Przed systemem, w którym „bezpieczeństwo w sieci” staje się wytrychem do kneblowania niewygodnych głosów. I za to prezydentowi należy się nie krytyka, lecz uznanie. Stąd taka wściekłość wrogów wolności.
źr. wPolsce24 za x.com











