Cienkowska pieje z zachwytu, bo Niemcy oddali Polsce JEDEN pierścień. Brawo! Spadkobiercom zbrodniarzy zostało już tylko 515 999 ZRABOWANYCH dóbr kultury do oddania

Na dziedzińcu Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie odbyła się uroczystość, którą polski resort kultury uznał za wydarzenie o wielkim ciężarze symbolicznym. Po ponad ośmiu dekadach do Polski powrócił złoty pierścień z diamentem króla Zygmunta I Starego, bezcenna relikwia polskiego Złotego Wieku, zrabowana przez Wehrmacht we wrześniu 1939 roku. Przy okazji - dzięki szefowej resort - odegrano kilka wątków komediowych. Resort kultury z pompą ogłosił „nowe otwarcie” w relacjach z Berlinem.
Nie chcemy dłużej ironizować, bo sprawa jest poważna. Tu wystarczy chłodna analiza faktów, oparta np. na Raporcie o stratach poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej, by mocno tonować ten zachwyt. Jeden sygnet, choćby najjaśniejszy, nie może przesłonić gigantycznego długu, którego Niemcy do dziś nie wyrównali.
Sukces polskiej uczonej, nie niemieckiego sumienia
Obecna ekipa rządząca próbuje wpisać zwrot pierścienia w narrację o nowej, lepszej atmosferze dyplomatycznej z zachodnim sąsiadem. Minister kultury Marta Cienkowska mówiła o „momencie, w którym historia powraca do domu”. Warto jednak zadać fundamentalne pytanie: czy ów zwrot jest efektem systemowej, uczciwej polityki Berlina, który nagle postanowił rozliczyć się z własną przeszłością?
Prawda jest zgoła inna.
Przez powojenne dziesięciolecia zaginiony pierścień – wydobyty pod koniec XVIII wieku z grobu królewskiego przez wybitnego historyka Tadeusza Czackiego – leżał w niemieckim Schmuckmuseum Pforzheim. Spoczywał tam jako „anonimowy eksponat”.

Niemieckie instytucje przez lata nie kwapiły się do badania jego pochodzenia. Przełom nastąpił wyłącznie dzięki benedyktyńskiej pracy polskiej badaczki, dr hab. Ewy Letkiewicz z UMCS w Lublinie, która zlokalizowała zabytek i opublikowała dowody w swojej monografii naukowej. Niemcy - niechętnie - oddali pierścień dopiero wtedy, gdy zostali postawieni pod ścianą niepodważalnych faktów i formalnej procedury restytucyjnej.
Porażający bilans: Ponad pół miliona utraconych skarbów
Aby w pełni zrozumieć, dlaczego świętowanie zwrotu jednego artefaktu w oderwaniu od całościowych roszczeń jest błędem, należy przypomnieć liczby z raportu reparacyjnego przygotowanego pod kierownictwem europosła Arkadiusza Mularczyka we współpracy m. in. z historykami IPN.
Straty polskiej kultury pod okupacją niemiecką to nie były incydenty. To była metodyczna, państwowa operacja grabieży i niszczenia polskości:
-
516 000 dzieł sztuki: Tyle pojedynczych, skatalogowanych obiektów ruchomych (obrazów, rzeźb, rzemiosła) wciąż figuruje jako zaginione. W rękach niemieckich zniknęło ponad 11 tysięcy płócien samych malarzy polskich i 2,8 tysiąca mistrzów europejskich.
-
19,31 miliarda złotych: Na tyle eksperci wycenili minimalne, bezdyskusyjnie udokumentowane straty w samych dobrach kultury. Kwota ta stanowi zaledwie wierzchołek góry lodowej z powodu zniszczenia archiwów muzealnych.
-
22 miliony woluminów: To skala strat polskich bibliotek. Niemcy metodycznie spalili lub wywieźli 15 milionów książek oraz dziesiątki tysięcy unikalnych rękopisów i starodruków.
-
Zrównana z ziemią infrastruktura: W gruzach legło 25 muzeów, 35 teatrów oraz setki zabytków o znaczeniu monumentalnym, w tym Zamek Królewski w Warszawie. Z polskich kościołów zdemontowano i wywieziono ponad 5 tysięcy dzwonów w ramach wojskowej akcji przetapiania mienia sakralnego (Glockenaktion).
Szacuje się, że w latach 1939–1945 zniszczeniu lub wywozowi uległo od 40% do 43% całego przedwojennego zasobu kulturowego Polski. Niemieckie komanda działały z precyzyjnym planem: ograbić Polaków z materialnych dowodów ich historii, aby złamać tożsamościowy kręgosłup narodu.
Zwrot jednego pierścienia to nie jest żadne "nowe otwarcie", to zwyczajny policzek.
Dyplomatyczne „ochłapy” zamiast sprawiedliwości
Z perspektywy państwowej bezkrytyczny zachwyt ministerstwa kultury nad okazjonalnymi gestami Berlina – ubranymi w piórka obchodów 35. rocznicy traktatu o dobrym sąsiedztwie – budzi głęboki niepokój. Zamiast twardego i konsekwentnego egzekwowania prawa do pełnego zadośćuczynienia i reparacji, zadowalamy się symbolicznymi powrotami, które są Berlinowi niezwykle na rękę.
Zwrot pojedynczych obiektów, choćby bezcennych dla narodowego dziedzictwa i muzealników, w obecnym tempie oznacza, że proces restytucji potrwa tysiące lat. Berlin traktuje te wydarzenia jako akty wielkodusznej „dobrej woli”, całkowicie odcinając się od systemowej odpowiedzialności finansowej i prawnej za ogrom wojennych zniszczeń (opiewających łącznie na 6,2 biliona złotych).
Dopóki rząd w Berlinie nie uzna twardych wyliczeń zaprezentowanych w raporcie posła Mularczyka i IPN, dopóty każdy jednostkowy zwrot powinien być kwitowany nie jako „nowe otwarcie”, ale jako skromna, spóźniona o ponad 80 lat spłata ułamka gigantycznego, historycznego długu.
Polskie dziedzictwo narodowe domaga się pełnej sprawiedliwości, a nie rocznicowych prezentów.
źr. wPolsce24











