W co gra Tusk? Znów obraża USA i straszy atakiem Rosji "raczej za miesiące niż lata"

Stany Zjednoczone są dziś filarem NATO – zarówno militarnie, jak i politycznie. To na ich potencjale opiera się realna siła odstraszania całego Sojuszu. Tymczasem Tusk, zamiast wzmacniać relacje transatlantyckie, publicznie je kwestionuje.
Słowa o „wątpliwościach” wobec artykułu 5 mogą zostać odebrane w Waszyngtonie jako brak zaufania. A w polityce – szczególnie wobec takiego przywódcy jak Trump – takie sygnały rzadko pozostają bez odpowiedzi.
Donald Tusk powiedział w rozmowie z gazetą, że „największym i najważniejszym pytaniem dla Europy jest to, czy Stany Zjednoczone są gotowe być tak lojalne, jak opisano to w naszych traktatach (NATO)”. Ostrzegł jednocześnie, że Rosja może zaatakować członka Sojuszu w perspektywie „raczej miesięcy niż lat”.
W rozmowie z brytyjskim dziennikiem Tusk stwierdził, że UE powinna wzmocnić własną klauzulę wzajemnej obrony zawartą w art. 42 ust. 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Dziennik, nazywając stwierdzenia Tuska „niezwykłą wypowiedzią” podkreślił, że odzwierciedla ona niepewność rosnącą w Europie po groźbach prezydenta USA Donalda Trumpa i jego chwiejnym zaangażowaniu w obronę kontynentu.
„Dla całej wschodniej flanki, moich sąsiadów... pytanie brzmi, czy NATO jest nadal organizacją gotową, zarówno politycznie, jak i logistycznie, do reagowania, na przykład, przeciwko Rosji, gdyby ta próbowała zaatakować” – powiedział.
Sprzeczne komunikaty premiera
Jeszcze bardziej zastanawiająca jest niespójność przekazu. Z jednej strony Tusk ostrzega, że Rosja może zaatakować nawet w perspektywie „miesięcy”. Z drugiej – podważa pewność najważniejszego sojuszu, który miałby nas w takiej sytuacji bronić. To rodzi fundamentalne pytanie: jeśli zagrożenie jest tak bliskie, to czy rozsądne jest jednoczesne osłabianie zaufania do kluczowego partnera militarnego?
Tusk z jednej strony podkreślił, że nie ma kompleksów w kontekście polsko-amerykańskich relacji, a Waszyngton traktuje Polskę jako jednego z najlepszych i najbliższych europejskich sojuszników. Jednak - jak zauważył szef polskiego rządu - kluczowe byłoby, jak zadziałałoby to w praktyce, gdyby „coś się wydarzyło”.
„Chciałbym wierzyć, że (art. 5 - „FT”) nadal obowiązuje, ale czasami, oczywiście, mam z tym pewne problemy” – powiedział Tusk w wywiadzie, zastrzegając, że nie chce być zbytnim pesymistą, lecz dziś potrzeba też „praktycznego kontekstu”.
Europa słaba, USA drażnione
Premier wskazuje też na potrzebę budowy silniejszej obronności Europy. Problem w tym, że dziś Europa – mimo rosnących wydatków – wciąż nie dysponuje potencjałem porównywalnym do USA i nie będzie nim dysponować jeszcze przez długie lata, a na pewno nie w perspektywie miesięcy. W praktyce oznacza to jedno: bezpieczeństwo kontynentu nadal w ogromnym stopniu zależy od Amerykanów.
Tym bardziej niezrozumiałe wydaje się publiczne stawianie pod znakiem zapytania ich zaangażowania – i to w sposób, który może zostać odebrany jako prowokacyjny.
Niebezpieczna strategia
W czasach rosnących napięć geopolitycznych polityka wymaga precyzji i odpowiedzialności. Tymczasem wypowiedzi Tuska sprawiają wrażenie nieprzemyślanych i mogą przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.
Zamiast wzmacniać relacje z najpotężniejszym państwem NATO, premier ryzykuje ich osłabienie. Zamiast budować pewność sojuszniczą – zasiewa wątpliwości.
Tusk mówi: "Jeśli chcesz mieć prawdziwy sojusz, nie tylko na papierze, potrzebujesz prawdziwych narzędzi i realnej siły, jeśli chodzi o instrumenty obronne i mobilność sił zbrojnych między krajami itp. To bardzo praktyczny problem na dzień dzisiejszy. Dlatego moją obsesją i misją jest teraz ponowna integracja Europy. Oznacza to wspólną obronę, wspólny wysiłek na rzecz obrony naszych wschodnich granic".
Słowem jeszcze więcej integracji wokół Brukseli i jeszcze silniej antyamerykański blok państw, które razem nie dysponują nawet połową potencjału militarnego Stanów Zjednoczonych.
Czy to przywództwo na trudne czasy?
W obliczu realnych zagrożeń Polska potrzebuje stabilności i przewidywalności w polityce bezpieczeństwa. Publiczne podważanie lojalności kluczowego sojusznika, przy jednoczesnym straszeniu rychłym konfliktem, trudno uznać za strategię spójną i odpowiedzialną. To raczej polityka, która może kosztować więcej, niż się wydaje.
źr. wPolsce24 za PAP











