Rząd chce wiedzieć, czy oglądasz treści erotyczne w sieci. Kuriozalny pomysł

Ochrona dzieci czy budowa cyfrowego panoptikonu?
Każda strona zawierająca treści dla dorosłych, która nie wprowadzi skutecznej weryfikacji wieku, ma po prostu zniknąć z polskiej sieci za sprawą blokad nakładanych przez Urząd Komunikacji Elektronicznej.
Na pierwszy rzut oka inicjatywa ta brzmi jak upragniony głos rozsądku w świecie zdominowanym przez cyfrową demoralizację. Diabeł jednak, jak zwykle, tkwi w szczegółach – a te budzą uzasadnione przerażenie każdego, komu bliska jest wolność obywatelska i prawo do prywatności.
Dobra diagnoza, fatalne lekarstwo?
Nie ulega wątpliwości, że dzisiejszy internet stał się dla najmłodszych emocjonalnym i moralnym polem minowym. Raporty badawcze są bezwzględne: miliony dzieci i nastolatków mają nieograniczony, permanentny dostęp do najbardziej wulgarnych i destrukcyjnych treści erotycznych. Dotychczasowa bariera w postaci wyskakującego okienka z pytaniem „Czy masz ukończone 18 lat?” była fikcją i kpiną z odpowiedzialności. Zgoda na to, by cyfrowy ściek swobodnie formatował psychikę kolejnych pokoleń Polaków, była błędem. Odcięcie małoletnich od tych patologicznych bodźców jest obowiązkiem państwa i społeczeństwa.
Problem pojawia się jednak w momencie, gdy przyglądamy się metodom, jakimi urzędnicy chcą ten cel osiągnąć. Ministerstwo Cyfryzacji forsuje rozwiązanie oparte na tzw. Europejskim portfelu tożsamości cyfrowej oraz aplikacji mObywatel. Choć UODO zgłasza pewne obiekcje, domagając się zachowania zasad minimalizacji danych, urzędowa machina ruszyła. Aby dorosły obywatel mógł legalnie wyświetlić stronę internetową, będzie musiał „wylegitymować się” przed algorytmem państwowym cyfrowym dokumentem.
Narzędzie idealnego szantażu
W tym miejscu zapala się potężna, czerwona lampka ostrzegawcza. Przeniesienie weryfikacji tożsamości do rządowych aplikacji oznacza stworzenie infrastruktury, która – w teorii lub praktyce – pozwoli na powiązanie konkretnego imienia, nazwiska i numeru PESEL z historią przeglądania sieci. Choć eurokraci i krajowi urzędnicy zaklinają rzeczywistość, twierdząc, że systemy będą w pełni „anonimowe” i oparte na bezpiecznych tokenach, historia uczy nas jednego: nie ma systemów niemożliwych do złamania, a władza raz zdobytych uprawnień nie oddaje nigdy.
Zastanówmy się, w czyje ręce trafia ten cyfrowy klucz. Oddajemy aparatowi państwowemu – który w ostatnich latach udowodnił, że potrafi bez skrupułów wykorzystywać służby i technologię do walki z oponentami politycznymi – narzędzie ostateczne. Wiedza o tym, kto, kiedy i jakie treści ogląda w zaciszu własnego domu, to marzenie każdego totalitarnego reżimu. To doskonałe, gotowe narzędzie nacisku, kompromitacji i politycznego szantażu.
Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której niewygodny dla rządu dziennikarz, niezależny sędzia czy opozycyjny polityk nagle staje się celem „kontrolowanego przecieku” z baz danych. Nawet jeśli przeglądał treści całkowicie legalne, sama publiczna stygmatyzacja i uderzenie w jego prywatność mogą zniszczyć mu życie i karierę. Strach przed ujawnieniem prywatnych preferencji może skutecznie kneblować usta krytykom władzy.
Wszyscy pamiętamy nagonkę, która rozpętała się na wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka po tym, jak ktoś zasugerował, że wpisując na portalu x.com skrót: MMMF free, pomylił okienka, bo szukał pornograficznych treści w Google. Lewicowo-liberalni dziennikarze i zwykli internetowi hejterzy zamiast skupić się na tym, o co Bosakowi chodziło, a cytował słynną prawicową doktrynę - więcej pieniędzy, więcej wolności (ang. more money, more freedom) jednym głosem przypisywali mu perwersyjne wyszukiwania w przeglądarce.
Cenzura tylnymi drzwiami
Co więcej, mechanizm, który rząd chce zastosować do blokowania niepokornych witryn 18+ (tzw. czarna lista domen UKE), pierwotnie powstał do walki z oszustwami finansowymi i phishingiem. Dziś rozszerza się go na pornografię. Jaką mamy gwarancję, że jutro pod pretekstem „ochrony obywateli przed mową nienawiści” lub „dezinformacją” na tę samą listę nie trafią portale prawicowe, katolickie czy tradycjonalistyczne, które nie wpisują się w oficjalną linię ideologiczną rządu?
To klasyczny mechanizm „gotowania żaby”. Pod szlachetnym sztandarem obrony dzieci przed demoralizacją budowany jest system głębokiej inwigilacji i cenzury prewencyjnej.
Odpowiedzialność, nie inwigilacja
Ochrona dzieci przed pornografią jest koniecznością, ale nie może odbywać się kosztem wolności dorosłych obywateli. Skuteczna weryfikacja wieku powinna opierać się na narzędziach lokalnych, urządzeniach rodzicielskich i odpowiedzialności dostawców internetu komercyjnego, a nie na centralnym, państwowym systemie autoryzacji, być może jeszcze powiązanym z dowodem osobistym.
Konserwatyści muszą głośno powiedzieć: Tak dla ochrony młodzieży, stanowcze NIE dla cyfrowego niewolnictwa. Jeśli pozwolimy urzędnikom na kontrolowanie naszych najbardziej intymnych sfer życia pod pretekstem bezpieczeństwa, obudzimy się w świecie, w którym wolność słowa i prywatność będą już tylko mglistym wspomnieniem. Rząd Donalda Tuska i lewicowo-liberalna koalicja, zasłaniając się unijnymi dyrektywami, budują system, którego nie powstydziłyby się Chiny. Nie możemy na to pozwolić.
źr. wPolsce24 za Spidersweb











