Portal wPolityce.pl dotarł do lekarki ze Szpitala Południowego. Co tam się dzieje!?

Z jej relacji wyłania się obraz skrajnej niesprawiedliwości: podczas gdy zwykli Polacy godzinami czekają na pomoc, polityczni dygnitarze związani z Koalicją Obywatelską mieli być traktowani jak uprzywilejowana kasta, przyjmowana poza wszelkimi procedurami i kolejnością. Co więcej, lekarzom zamykane są usta, a władze placówki próbują zastraszyć personel!
Głównym bohaterem bulwersującej afery jest Dawid Kacprzyk – do niedawna wpływowy działacz i radny Koalicji Obywatelskiej oraz lekarz, który w samej tylko tej placówce zarobił z publicznych pieniędzy astronomiczną kwotę 1,6 miliona złotych. Jednak to nie gigantyczne zarobki młodego aparatczyka, lecz stworzony przez niego mechanizm uprzywilejowania politycznych elit budzi największy gniew.
Dziennikarskie śledztwo wPolityce.pl i bezpośrednia relacja lekarki odsłaniają mechanizm funkcjonowania tego swoistego „salonu VIP” w środku publicznej służby zdrowia. Portal wprost wskazuje na rażącą dyskryminację zwykłych pacjentów:
Pan Dawid nie tak dawno dostał w ogóle prawo wykonywania zawodu. Pracowałam na SOR przez ponad 20 lat, miałam asystenta, który też nie miał specjalizacji. Był dobrym lekarzem, ale system nerwowy siadał mu na egzaminach. Niemniej pracował ciężko i dyżurował poprawnie, bez żadnych wpadek. Zwłaszcza, że zawsze mógł korzystać z mojego doświadczenia. Jednak NFZ napisał pismo, w którym stwierdził, że lekarz bez specjalizacji nie może pracować na SOR. NFZ postraszył też karami finansowymi, które mógł nałożyć na szpital, jeśli ten lekarz będzie dyżurował. Dlatego byłam w szoku, widząc brak reakcji NFZ, który przecież miał informację, że funkcję koordynatora dostaje lekarz dopiero co po stażu, półtora roku po otrzymaniu prawa do wykonywania zawodu" - czytamy.
Nie wolno Wam nic mówić!
Najbardziej bulwersujący jest jednak fakt, jak władze placówki próbowały chronić układ. Lekarze i pielęgniarki, którzy codziennie widzieli te patologie, zostali poddani ogromnej presji. Z ustaleń portalu wPolityce.pl wynika, że dyrekcja i ludzie odpowiedzialni za ten proceder za wszelką cenę chcieli utrzymać sprawę w tajemnicy. Personelowi medycznemu wprost kazało się milczeć, wprowadzając rygorystyczny zakaz jakichkolwiek kontaktów z dziennikarzami. Strach przed utratą pracy i wilczym biletem miał skutecznie kneblować usta każdemu, kto odważyłby się opowiedzieć o uprzywilejowaniu polityków KO.
Władze szpitala miały wysłać pracownikom taką wiadomość:
Szanowni Państwo, jeśli ktokolwiek będzie pytany stacjonarnie czy telefonicznie na temat Dawida Kacprzyka, proszę nie udzielać żadnych informacji. Nie jesteście Państwo upoważnieni. Niech się kontaktują poprzez adres mailowy i również na żadne maile nie odpowiadacie".
Cały artykuł można przeczytać na portalu wPolityce.pl
źr. wPolce24 za wPolityce.pl











