Podróż z piekła rodem. Dziennikarz opisał chaos na pokładzie Intercity znad Adriatyku

W zeszłorocznym sezonie wakacyjnym PKP Intercity stworzyło kontrowersyjny skład Adriatic Express, który jeździł do Rijeki. W mediach pojawiły się relacje jego pasażerów, którzy zwracali uwagę na liczne niewygody podczas tak długiej podróży i opóźnienia. W tym roku jeden z wagonów tego pociągu dojeżdża też do Kopru na wybrzeżu Morza Adriatyckiego.
Nic się nie poprawiło
Dziennikarz Interii Wiktor Kazanecki wracał nim do domu. Plan był taki, że wagon dojedzie do stolicy Słowenii, gdzie zostanie odczepiony od wagonów węgierskich i podpięty do polskich, które wracają z Rijeki. W Lublanie przewidziano półtoragodzinny postój, co zwykle wystarcza na taki manewr.
Pociąg opóźniał si coraz bardziej, a czekający na niego pasażerowie zgłodnieli. W Lubljanie po 22 wszystko jest już zamknięte. Początkowo przekąski sprzedawała obsługa węgierskiego wagonu sypialnego, ale przestała, gdy odłączono mu pantografy, przez co nie mogła zaksięgować tych sprzedaży.
Niemiła pobudka
Adriatic Express w końcu przyjechał z godzinnym opóźnieniem, a odłączanie i podłączanie wagonów wydłużyło to spóźnienie o pół godziny. Niemal też doszło do nieszczęścia. Pociąg się zatrzymał, drzwi przed pasażerką się otworzyły, a następnie skład znowu ruszył. Na szczęście nie spadła na peron.
O piątej rano obudziła go austriacka konduktorka, która powiedziała mu, że zamykają wagon i muszą zabrać rzeczy, przejść przez wagony i znaleźć inne miejsca. Te na szczęście były, ale nikt nie wytłumaczył pasażerom, co było powodem. Gdy spali, opóźnienie wzrosło o kolejne półtorej godziny.
Zapanował chaos
Gdy stali na peronie w Grazu, nazwa ich pociągu na tablicy zmieniła się na Porta Moravica. To pociąg jadący do czeskiego Bogumina, a potem rozłączany na dwa osobne, do Wrocławia i Krakowa. Jego wagony dołączono do Adriatic Express, ale ten pociąg jedzie w inne miejsce. Zapytana o to osoba z obsługi powiedziała im, że najpierw dojadą do Wiednia, ale tam na pewno nie poczeka na nich pociąg Sobieski, z którym AE miał się połączyć. Tam powiedziano im, że w Boguminie odłączą wagony z Kopru i Rijeki, a oni pojadą do Krakowa, a stamtąd do Warszawy.
W wagonach było coraz bardziej duszno, zwłaszcza w tych czeskich. Rosło też opóźnienie, a zagraniczni kolejarze nie podawali podróżnym żadnych informacji. Gdy w Boguminie zapytali stojących na peronie konduktorów PKP jak mają się przesiąść, ci odparli, że nie mają pojęcia, bo Austriacy ich o tym nie poinformowali. Okazało się także, że nie spodziewali się dodatkowych wagonów, a Austriacy pomylili tablice kierunkowe na drzwiach, potęgując chaos.
Gdy już ruszyli, okazało się, że niepotrzebni targali bagaż, bo wbrew wcześniejszym informacjom wagony Adriatic Expressu wcale nie zostały odłączone. Załoga pociągu próbowała się skontaktować z dyspozyturą w Krakowie, ale nikt nie odbierał telefonów. Pasażerowie byli coraz bardziej wściekli i domagali się precyzyjnych informacji co dalej.
Nikt nie dał im nawet butelki wody
W końcu pasażerów jadących do Warszawy poproszono o przejście do odpowiednich wagonów. Problem w tym, że wagonów o wyczytanych przez interkom numerach nie było w tym pociągu i pasażerowie znów nie wiedzieli co robić. Kolejarze wyjaśnili im, że wagony będą odłączane w Czechowicach-Dziedzicach i pojadą dalej do Warszawy. Na miejscu okazało się jednak, że muszą wysiąść, zmienić peron i pojechać szynobusem do Katowic. Dojechali tam później, niż mieli być w Warszawie, ale powiedziano im, że będzie tam na nich czekać Pendolino.
Gdy wsiadali do Pendolino, okazało się, że jego obsługa o niczym nie wie. Na szczęście drużyna z EIP dała im po wyjeździe z Katowic darmowe miejscówki. Do Warszawy zgodnie z planem mieli dotrzeć o 14:04, a dotarli o 17:27.
Ktoś powie - bywają i większe spóźnienia. Tak, ale ponad trzy godziny poślizgu w przypadku wyprawy z Chorwacji czy Słowenii sprawiają, że cała wyprawa trwa niemal dobę. Do tego spać było trudno, skoro o świcie urządzono nam przeprowadzkę – podkreślił dziennikarz. I podkreślmy - przez ten czas nikt nie zaoferował nam przekąski czy butelki wody. Czułem się, jakby podawano nas z rąk do rąk niczym kukułcze jajo, z którym nikt nie wie, co zrobić – dodał.
źr. wPolsce24 za Interia










