Zaskakujące ustalenia. Ojciec Trzaskowskiego za komuny miał weryfikować artystów. Dziś rząd Tuska wskrzesza PRL-owski mechanizm

Rząd przyjął skandaliczny projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Projekt, który nie tylko zmusi ciężko pracujących Polaków do zrzucania się na uprzywilejowaną kastę „twórców”, ale na dodatek wprowadza mechanizmy żywcem wyjęte z aparatu represji kulturalnej PRL.
Genów nie oszukasz: Komisje weryfikacyjne wczoraj i dziś
W sieci zawrzało po tym, jak internauci przypomnieli niewygodne fakty z historii polskiej kultury, które rzucają zupełnie nowe światło na mentalność dzisiejszych elit liberalno-lewicowych. Jeden z popularnych wpisów na platformie X celnie obnażył to, co salon III RP próbuje zamieść pod dywan:
Ojciec Rafała Trzaskowskiego był w PRL przewodniczącym komunistycznej komisji weryfikacyjnej decydującej o tym, kto jest prawdziwym artystą i dostaje za występy stawki profesjonalne! Dzisiaj Tusk wraz z pociotkami komuny przywraca komisję”.
To z pewnością cios w wizerunek prezydenta Warszawy, który – jak pamiętamy z kampanii wyborczych – niezwykle chętnie chwalił się swoimi rzekomo „wspaniałymi, artystycznymi korzeniami” i rodzinnymi tradycjami. Ojciec polityka, Andrzej Trzaskowski, był uznanym muzykiem jazzowym, ale jak widać, jego działalność w czasach słusznie minionych miała też drugie, znacznie bardziej systemowe oblicze.
W strukturach PRL-owskiego przemysłu rozrywkowego istniały bowiem specjalne komisje weryfikacyjne. Ich zadaniem było odsiewanie „ziarna od plew” – to partyjni nominaci decydowali, komu przysługuje status zawodowca i związane z tym wysokie gaże, a kogo należy skazać na artystyczny niebyt lub głodowe stawki za brak politycznej spolegliwości.
Dziś Rafał Trzaskowski reprezentuje formację, która z uśmiechem na ustach proponuje nam dokładnie to samo. Jak widać, pewne nawyki systemowe i tęsknota za urzędową kontrolą nad kulturą przechodzą w tych środowiskach z pokolenia na pokolenie.
Status „artysty zawodowego”, czyli bat na niezależność i dotacje dla swoich
Co dokładnie szykuje nam Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego? Oficjalne komunikaty rządu roztaczają przed nami wizję „wsparcia socjalnego dla najuboższych twórców”. Pod tym płaszczykiem kryje się jednak stworzenie oficjalnego, państwowego „statusu artysty zawodowego”.
Żeby taki status uzyskać i móc liczyć na dopłaty do składek ZUS finansowane z kieszeni podatników, trzeba będzie złożyć wniosek i przedstawić „udokumentowany dorobek twórczy”. Kto będzie oceniał ten dorobek? Urzędnicy i powołane przez resort zespoły. To jawna reanimacja komunistycznego mechanizmu! Państwo znowu daje sobie prawo do certyfikowania talentu i przydzielania przywilejów według klucza, który niezwykle łatwo może stać się kluczem czysto ideologicznym.
Czy na dopłaty będą mogli liczyć twórcy patriotyczni, czy może strumień publicznych pieniędzy popłynie wyłącznie do lewackich performerów obrażających uczucia religijne i tradycyjne wartości? Odpowiedź wydaje się oczywista.
Dlaczego mamy dotować celebrytów z Konstancina?
Projekt rządu zakłada, że budżet państwa będzie dopłacał do ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych tysiącom artystów, którzy rzekomo wykazują niskie przychody. To uderzenie w fundamentalną sprawiedliwość społeczną. Dlaczego polski mechanik, kasjer, fryzjer czy budowlaniec – pracujący w pocie czoła, często na własny rachunek i płacący pełne, drakońskie składki ZUS – ma sponsorować wakacje składkowe ludziom, którzy dobrowolnie wybrali wolny zawód?
Praca artystyczna, jak każda inna działalność gospodarcza, podlega prawom rynku. Jeśli czyjeś książki się nie sprzedają, jeśli na czyjeś spektakle nie przychodzą widzowie, a obrazy nie znajdują kupców, to jasny sygnał, że społeczeństwo nie potrzebuje takiego produktu. Zmuszanie obywateli do przymusowego dotowania sztuki, która nie potrafi sama na siebie zarobić, to czysty socjalizm.
Co więcej, doskonale wiemy, jak wygląda ten środowiskowy „płacz o niskich dochodach”. Wielu celebrytów, którzy oficjalnie wykazują minimalne zyski i uciekają przed podatkami, pławi się w luksusach, żyjąc z nieudokumentowanych kontraktów reklamowych, chałtur i prywatnych bankietów. Teraz państwo Tuska pisze ustawę specjalnie pod nich.
Bizancjum dla wybranych, drożyzna dla reszty
Rząd Donalda Tuska po raz kolejny udowadnia, że los zwykłych Polaków, zmagających się z galopującymi cenami energii i drożyzną, nic go nie obchodzi. Priorytetem dla tej władzy jest spłacanie długów wdzięczności wobec celebryckich elit, które tak ochoczo wspierały „uśmiechniętą Polskę” w kampanii wyborczej.
Wskrzeszanie narzędzi kontroli rodem z PRL, budowanie kolejnych biurokratycznych barier i zmuszanie milionów ciężko pracujących podatników do finansowania kaprysów warszawskiego salonu to skandal, na który nie ma i nie będzie zgody. Naród nie zapomni, kto dzisiaj buduje nowe, oligarchiczne mechanizmy, i z pewnością wystawi za to rachunek przy najbliższych urnach wyborczych.
źr. wPolsce24 za x.com











