Kuriozalne tłumaczenia Migalskiego. Zamiast normalnie przeprosić, bredzi

Najpierw bowiem Migalski, nie znając przyczyn wypadku, obarczył winą pilota i nazwał go wprost winowajcą katastrofy. Teraz próbuje się tłumaczyć – twierdząc, że być może „niektóre sformułowania były zbyt ostre”, ale nadal nie zmienia zdania.
– "Napisałem, że jest przestępcą? Jeśli tak było to przepraszam, tam były chyba trzy wpisy… Być może niektóre sformułowania były zbyt ostre, natomiast istota sporu pozostaje taka, jaka jest i zdania tutaj nie zmieniam. Komentarze? Niespecjalnie się nimi przejmuję, ponieważ moją rolą jest rozbijanie baniek, a nie tkwienie w nich" – mówi Migalski w rozmowie z „SE”, z czego można wysnuć wniosek, że nie bardzo pamięta co nawypisywał.
Problem w tym, że w momencie, gdy opinia publiczna czeka na rzetelne ustalenia komisji badającej przyczyny tragedii, Migalski stawia tezy, które w gruncie rzeczy są czystymi spekulacjami. Sam zresztą to przyznaje:
– "To znaczy, jeśli nie było tam awarii samolotu, bądź nie doszło do jakiegoś zawału serca pilota, to mamy do czynienia z sytuacją, że przez brawurę, brak umiejętności czy jeszcze jakieś inne czynniki, pilot nie tylko pozbawił sam siebie życia, i to nie w walce tylko na show, ale również rozbił maszynę, która - ja nie jestem specjalistą od lotnictwa - kosztuje, rozumiem, że kilkadziesiąt, być może nawet kilkaset milionów złotych. Jestem dokładnie w tej samej sytuacji jak wszyscy ci, którzy składają szczere kondolencje i żałują odejścia tego pilota. Nikt nic nie wie, natomiast wszyscy uważają, że mamy do czynienia z bohaterem, który powinien zostać za chwilę odznaczony, a jego postawa ma być wzorcem do naśladowania, a ja uważam odwrotnie" – podkreśla Migalski.
Jego „warunkowe przeprosiny” brzmią równie groteskowo:
– "Jeśli okaże się, że tam nie była to wina pilota, tylko inne czynniki, będę pierwszy, który przeprosi za te moje ostre słowa. Natomiast jeśli będzie inaczej i się okaże, że ta maszyna, na którą wszyscy się złożyliśmy, została rozbita przez brawurę bądź niewyobrażalny błąd pilota, to mam nadzieję, że wszyscy ci, którzy dzisiaj formułują wobec mnie epitety o wiele ostrzejsze niż ja zawarłem w swoich wpisach, przeproszą mnie" – dodaje.
Nasz komentarz
Migalski najwyraźniej pomylił kolejność. Normalny człowiek, jeśli ma wątpliwości i „coś mu się wydaje”, powstrzymuje się z kategorycznymi ocenami, zwłaszcza gdy chodzi o zmarłego, którego nie można już obronić. Tymczasem politolog najpierw formułuje brutalny osąd, a dopiero potem stawia warunkowe „jeśli się okaże, że… przeproszę”.
Trudno nie zapytać o stan emocjonalny i psychiczny Marka Migalskiego, skoro w obliczu tragedii zachowuje się jak prowokator, a nie poważny komentator.
źr. wPolsce24 za se.pl