Hakerzy będą trząść Polską? Gigantyczny wyciek danych zdrowotnych
O sprawie poinformowały „Wiadomości wPolsce24”. Z przekazanych informacji wynika, że doszło do potencjalnego nieuprawnionego dostępu do systemów wykorzystywanych przez placówki medyczne korzystające z platformy MyDoctor.
Na obecnym etapie nie można jednak przesądzić, że doszło do pełnego wycieku danych. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski poinformował, że klienci, firmy, placówki medyczne oraz lekarze zostali powiadomieni o wykryciu potencjalnego nieuprawnionego dostępu do systemów.
„Na tym etapie postępowania nie można ostatecznie potwierdzić wycieku danych, jednak wiele wskazuje na to, że osoba nieuprawniona mogła uzyskać do nich dostęp” – przekazał minister.
Hakerzy mieli dane polityka
Szczególnie niepokojące jest to, że osoby twierdzące, iż weszły w posiadanie danych, same skontaktowały się z portalem "Zaufana Trzecia Strona". Jako dowód miały przekazać kompletne dane jednego ze znanych polskich polityków. Według materiału przekazane informacje okazały się prawdziwe. Następnie portal miał przeprowadzić swoisty eksperyment z udziałem kolejnych osób, które zgodziły się na sprawdzenie, czy ich dane znajdują się w posiadanym przez cyberprzestępców zbiorze.
Według przedstawionych informacji dane trzech z pięciu osób objętych testem miały znajdować się w rękach osób, które twierdzą, że uzyskały dostęp do bazy. To właśnie skala potencjalnego zbioru budzi największe obawy. Mowa bowiem nie tylko o numerach PESEL. Chodzi o dane medyczne, które mogą obejmować informacje o stanie zdrowia, przyjmowanych lekach czy wizytach lekarskich.
Kto stoi za atakiem? To wciąż zagadka
Nie wiadomo obecnie, kto stoi za potencjalnym atakiem ani w jaki sposób doszło do uzyskania dostępu do danych.
Osoby kontaktujące się z Zaufaną Trzecią Stroną komunikują się po angielsku, a sposób posługiwania się tym językiem może sugerować próbę stworzenia fałszywego tropu. W materiale zwrócono również uwagę, że pojawiające się komunikaty mogą być celowo skonstruowane tak, aby sugerować pochodzenie sprawców z określonego regionu świata. Na razie są to jednak jedynie poszlaki. Nie ma oficjalnych informacji pozwalających wskazać sprawców ani przypisać atak konkretnemu państwu czy grupie cyberprzestępczej.
Dane medyczne mogą być bronią
Potencjalny wyciek tego rodzaju informacji może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje niż kradzież danych wykorzystywanych do zaciągania zobowiązań finansowych. Informacje dotyczące zdrowia są szczególnie wrażliwe. W niepowołanych rękach mogą zostać wykorzystane między innymi do szantażu, wywierania presji czy tworzenia profili konkretnych osób.
Problem staje się jeszcze poważniejszy, jeżeli w bazie znajdują się informacje dotyczące osób pełniących ważne funkcje publiczne. – Jeśli hakerzy dysponują bazą zawierającą dane medyczne milionów obywateli, oznacza to potężne zagrożenie dla stabilności państwa – wskazywano w materiale.
Takie informacje mogą bowiem zostać wykorzystane nie tylko komercyjnie. W skrajnym scenariuszu mogłyby zainteresować również obce służby lub podmioty działające w interesie państw prowadzących działania wymierzone w Polskę.
Państwo na razie czeka na ustalenia
Administratorem danych medycznych są poszczególne placówki ochrony zdrowia korzystające z platformy. MyDoctor ma je przetwarzać, a nie być ich właścicielem. W materiale zwrócono uwagę na problem prawny związany z możliwością przekazywania danych przez platformę kolejnym podmiotom w celu ich weryfikacji i zabezpieczenia.
Jednocześnie sprawa wymaga wyjaśnienia przez odpowiednie służby i instytucje. Kluczowe będzie ustalenie, czy doszło do rzeczywistego wyprowadzenia danych z systemów, jakiego zakresu informacje mogły zostać przejęte, ilu osób dotyczą oraz kto uzyskał do nich dostęp. Na razie nie ma również oficjalnego potwierdzenia, że cała baza obejmująca niemal 19 mln numerów PESEL rzeczywiście została skopiowana lub znajduje się w posiadaniu cyberprzestępców.
źr. wPolsce24











