Niemka zarzuca próbę oszustwa i wyłudzenia... polskiej policji

Według relacji przedstawionej w niemieckich mediach, kobieta przyjechała do Polski, zatankowała samochód, po czym udała się do kasy normalnie zapłaciła za paliwo. Z paragonem w ręku wsiadła do auta i bez przeszkód wróciła do Niemiec.
Telefon z zarzutami i żądanie gotówki
Niedługo po powrocie do domu z kobietą skontaktowali się polscy policjanci. Z relacji kierującej oraz jej pełnomocnika wynika, że funkcjonariusze w kategorycznym tonie zarzucili jej odjechanie ze stacji bez uregulowania rachunku, czyli kradzież paliwa.
Głównym punktem sporu stała się jednak sama forma interwencji. Niemka twierdzi, że policjanci domagali się od niej natychmiastowego powrotu do Polski i przekazania gotówki na miejscu w celu polubownego załatwienia sprawy i uniknięcia konsekwencji prawnych. Kobieta, będąc pewną, że posiada dowód wpłaty, uznała takie postępowanie za niezrozumiałe i niezgodne z oficjalnymi procedurami, po czym zgłosiła sprawę swojemu prawnikowi oraz niemieckim służbom.
Policjanci mieli twierdzić, że Niemka opłaciła paliwo zatankowane przy innym dystrybutorze niż ten, z którego faktycznie korzystała. Mieli zażądąć 80 euro dla właściciela stacji i 25 euro mandatu. Klientka stacji zwróciła uwagę, że na paragonie nie ma numeru dystrybutora, z którego korzystała.
„Wygląda mi to na wyciąganie pieniędzy i pachnie oszustwem” – powiedziała dziennikarce „Nordkuriera”.
Pytania o przebieg interwencji
W opisanej historii ścierają się dwie kwestie: z jednej strony zgłoszenie ze strony stacji paliw, z drugiej zaś oskarżenia Niemki dotyczące sposobu prowadzenia rozmowy przez funkcjonariuszy. Czy doszło do błędu w systemie stacji, pomyłki kasowej, czy też nieprawidłowości w działaniach samych policjantów? Póki co jednak Niemka poradziła swoim rodakom, by tankując w Polsce robili zdjęcie dystrybutora, z którego korzystają.
źr. wPolsce24 za DW.com









