Znany polski generał nie ma złudzeń i alarmuje: SAFE to „finansowa smycz”, nie wzmocnienie armii

W swoim wpisie generał zwraca się wprost do szefa MON, Władysław Kosiniak-Kamysz, pytając: czy naprawdę warto brać kredyt w Brukseli na sprzęt, którego Wojsko Polskie nie potrzebuje, nie używa i którego nie ma z czym zintegrować?
Spójna koncepcja kontra europejski eksperyment
Od lat – przypomina gen. Wroński – Polska buduje armię w oparciu o spójną, amerykańsko-koreańską architekturę uzbrojenia. To nie kwestia sympatii politycznych, lecz twardej kalkulacji:
-
interoperacyjność z NATO,
-
kompatybilność systemów,
-
wspólne łańcuchy logistyczne,
-
jednolite szkolenie i serwis,
-
ta sama filozofia walki i dowodzenia.
W tej logice modernizacja Wojska Polskiego ma sens tylko wtedy, gdy kolejne elementy układanki do siebie pasują. Tymczasem SAFE – w obecnym kształcie – miałby wymuszać zakupy „alternatywnych” systemów z państw Europy Zachodniej.
Jak podkreśla generał, w kluczowych obszarach – precyzyjnych uderzeniach dalekiego zasięgu, sieciocentryczności, pełnej integracji z amerykańskim polem walki – Europa nie oferuje odpowiedników systemów najwyższej klasy, które Polska już zakontraktowała. Zamiast tego proponuje się rozwiązania „wystarczające”, „pomostowe”, często technologicznie spóźnione, ale atrakcyjnie opakowane marketingowo.
Mit 80 procent dla polskiego przemysłu
Rządowa narracja mówi o 80 proc. zamówień, które miałyby trafić do polskich firm. Gen. Wroński studzi ten optymizm.
Zwraca uwagę, że:
-
terminy kontraktacji są nierealne dla wielu krajowych podmiotów,
-
realne zdolności wykonawcze ma dziś wąska grupa spółek,
-
brak jest publicznej analizy, ile polski przemysł faktycznie „dowiezie” w ramach SAFE.
W praktyce – ostrzega – znaczna część kontraktów może trafić do zachodnich koncernów, głównie z Niemiec i Francji. Najpierw więc pojawi się dług, a dopiero później okaże się, kto realnie na nim skorzysta.
Mechanizm kontroli, nie solidarności
W analizie pojawia się też wątek polityczny. SAFE – wbrew hasłom o europejskiej solidarności – ma według generała charakter mechanizmu warunkowego.
Na starcie do państwa członkowskiego trafia jedynie część środków. Reszta uzależniona jest od:
-
spełnienia tzw. kamieni milowych,
-
ocen Komisji,
-
akceptacji określonych dostawców.
W praktyce może to oznaczać presję, by na liście zakupów znalazły się „właściwe” firmy z kluczowych państw UE. To – jak pisze Wroński – nie partnerstwo, lecz finansowa smycz.
Najważniejsze: pierwsze 72 godziny
Najmocniejszy argument generała dotyczy samej istoty obronności. Bezpieczeństwo państwa nie jest projektem księgowym ani elementem gry interesów – to zdolność przetrwania pierwszych 72 godzin wojny.
Polska – jak podkreśla – już dziś:
-
ma zakontraktowany sprzęt najwyższej klasy,
-
buduje zdolności pod kątem realnego zagrożenia ze strony Rosji,
-
potrzebuje szybkości, masy i kompatybilności.
Wprowadzanie dodatkowych, niekompatybilnych systemów oznaczałoby:
-
chaos logistyczny,
-
komplikacje szkoleniowe,
-
rozbicie ciągłości koncepcji obronnej,
-
uzależnienie modernizacji od decyzji politycznych w Brukseli.
Efekt? Większy dług, większa zależność i brak gwarancji realnego wzrostu zdolności bojowych.
Modernizacja czy regres?
W ocenie gen. Wrońskiego SAFE w obecnym kształcie nie jest modernizacją, lecz regresem w białych rękawiczkach. Pożyczka na sprzęt, który „może będzie”, „może da się zintegrować” i „może spełni oczekiwania Komisji”, to – jak pisze – strategiczna nieodpowiedzialność.
Debata o SAFE dopiero się rozpędza. Jedno jest jednak pewne: głos doświadczonych wojskowych pokazuje, że sprawa nie dotyczy wyłącznie pieniędzy, choć i tu nie brakuje kontrowersji. Dotyczy fundamentów polskiej koncepcji obronnej – i pytania, czy ma ona być budowana w Warszawie pod realne zagrożenia, czy korygowana w Brukseli i Berlinie pod interesy gospodarek innych państw.
źr. wPolsce24 za x.com/@Aeromobilny











