Farsa pod oknami premiera z finałem w sądzie. Złodzieje Lexusa rodziny Tuska wreszcie oskarżeni

Nocna kompromitacja pod okiem SOP
Cofnijmy się do nocy z 9 na 10 września ubiegłego roku. To właśnie wtedy pod sopocką posesją Donalda Tuska doszło do incydentu, który w normalnie funkcjonującym państwie wywołałby natychmiastowe trzęsienie ziemi w resorcie spraw wewnętrznych. Spod samego nosa funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa, którzy formalnie czuwają nad bezpieczeństwem najważniejszych osób w państwie, zniknął SUV należący do bliskich premiera.
Złodzieje bez trudu sforsowali zabezpieczenia auta zaparkowanego w bezpośrednim sąsiedztwie domu szefa rządu i po prostu odjechali. Pytania, które wówczas cisnęły się na usta, pozostają aktualne do dziś: jak zorganizowana jest ochrona premiera Rzeczypospolitej, skoro tuż pod jej oknami zorganizowana grupa może bezkarnie dokonać kradzieży pojazdu? Czy funkcjonariusze spali, czy może procedury bezpieczeństwa istniały wyłącznie na papierze?
Równi i równiejsi: machina państwowa na pełnych obrotach
O ile samo zajście było rażącą kompromitacją, o tyle reakcja aparatu państwowego pokazała drugie, dobrze znane oblicze „uśmiechniętej Polski” – podział na kastę rządzącą i resztę społeczeństwa. Gdy przeciętnemu Kowalskiemu ginie z parkingu samochód, sprawa po kilku tygodniach niemal automatycznie kończy się umorzeniem z powodu „niewykrycia sprawców”.
W przypadku rodziny Donalda Tuska machina państwa ruszyła jednak błyskawicznie. Do akcji rzucono elitarne siły Centralnego Biura Śledczego Policji. Efekt? Samochód odnaleziono zaledwie po kilku godzinach na jednym z gdańskich parkingów, a niedługo później jeden z podejrzanych – Łukasz W. – został zatrzymany na lotnisku w Gdańsku tuż przed planowanym odlotem do Bułgarii. Drugi ze sprawców wpadł w ręce policji w październiku.
Rachunek przed sądem
Dziś prokuratura ogłasza sukces i wysyła podejrzanych przed sąd. Łukasz W. do dziś przebywa w areszcie, natomiast Stefan N. wyszedł na wolność na początku roku. Obaj oskarżeni, powiązani według doniesień ze światem trójmiejskich pseudokibiców, usłyszeli zarzuty kradzieży z włamaniem oraz – w przypadku W. – posługiwania się fałszywymi tablicami rejestracyjnymi.
Sprawa znikającego Lexusa znajdzie swój finał na sali sądowej, jednak niesmak pozostaje. Skandal sprzed roku obnażył bezradność formacji odpowiedzialnych za kluczowe obiekty w państwie, stając się zarazem jaskrawym dowodem na to, że determinacja i skuteczność organów ścigania zależą przede wszystkim od tego, czyje nazwisko widnieje w dowodzie rejestracyjnym skradzionego auta.
źr. wPolsce24 za "Rz"









