PSL między Warszawą a Waszyngtonem. Kto naprawdę rozdaje karty?

Od ostatnich wyborów parlamentarnych kilkukrotnie mówiło się o ewentualnym sojuszu Prawa i Sprawiedliwości z politykami Polskiego Stronnictwa Ludowego. Tym razem, jak opisuje dziennik, rozmowy miały być prowadzone w oparciu o rzekome oczekiwania administracji Donalda Trumpa. W tle miały pojawić się sugestie, że brak zmiany układu politycznego w trakcie obecnej kadencji Sejmu mógłby skutkować ograniczeniem kontaktów ministra obrony narodowej z Pentagonem i Białym Domem.
Celem takiego manewru miałby być rząd wyraźnie bardziej proamerykański niż obecny gabinet Donalda Tuska. Władysław Kosiniak-Kamysz miał otrzymać – jak określono w nieoficjalnych rozmowach – „ofertę ostatniej szansy”. W PSL te sygnały potraktowano jednak z dużym dystansem. Wewnątrz partii ma panować przekonanie, że Stany Zjednoczone od lat są jednym z najczęściej wykorzystywanych „straszaków” w krajowych rozgrywkach politycznych, a sam szef MON nie zgłasza problemów we współpracy z amerykańską administracją.
Nawet hipotetyczna zgoda PSL nie wystarczyłaby jednak do zbudowania nowej większości parlamentarnej. Konieczne byłoby wsparcie części posłów Konfederacji lub Polski 2050. W tym kontekście zastanawiająca jest pozycja PSL na scenie politycznej. Niedawne sondaże nie dawały szans ludowcom na miejsce w Sejmie. Najnowsze badania po raz pierwszy od dłuższego czasu dają PSL wynik przekraczający próg wyborczy.
Prawo i Sprawiedliwość ma jednak rozważać alternatywny scenariusz. W wersji „planu B” premierem rządu technicznego mógłby zostać Szymon Hołownia lub Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Ten wariant również ma kilka znaków zapytania. Nowa liderka Polski 2050 jasno zadeklarowała pozostanie w obecnej koalicji, a ustępujący przewodniczący partii publicznie ją wsparł. Jeśli nawet stanowisko Polski 2050 uległoby zmianie, to w tym wypadku również PiS musiałby zasiąść do stołu z politykami Konfederacji.
źr. wPolsce24 za rp.pl











