Rolnik z Małopolski miał za dużo jaj. W dwa dni stworzył biznes, który działa bez sprzedawcy

Kury wymknęły się spod kontroli, czyli austriacki patent w Małopolsce
Wszystko zaczęło się od ptasiego sprytu. Kury w gospodarstwie pana Pawła mają pełną swobodę i wolny wybieg. Zamiast w kurniku, zaczęły potajemnie znosić jajka w zakamarkach stodoły, by po jakimś czasie paradować po podwórku z gromadką świeżo wyklutych piskląt. Stado rozrosło się do 60 niosek, dających każdego dnia od 20 do 30 jaj. Zaczęła się nadprodukcja, a na lokalnym rynku trudno było o zbyt – na wsi niemal każdy ma własny drób.
Można by pojechać na targ, na przykład w Bochni, ale powiem szczerze: to nie jest moja bajka. Musiałbym wyjść ze swojej strefy komfortu, żeby handlować za ladą" - przyznaje szczerze Paweł Garus.
Zamiast profesjonalnego automatu vendingowego, który kosztuje krocie (ok. 8 tys. zł), rolnik sięgnął po inspirację z alpejskich wiosek w Austrii, gdzie bezobsługowe skrzyneczki i kramy oparte na zaufaniu to norma.
Konstrukcja w dwa dni i pełne zaufanie
Panowie zakasali rękawy i w weekend postawili niewielką, estetyczną drewnianą budkę. Lokalizacja okazała się strzałem w dziesiątkę – stanęła w Niedarach (powiat bocheński) tuż przy ruchliwej drodze wojewódzkiej między Szczurową a Niepołomicami, którą przecina również popularna trasa rowerowa.
Klientów wita napis „budka z jajem”, a cały mechanizm zakupowy opiera się na kulturze i uczciwości:
- Płatność: Tradycyjna puszka na gotówkę lub szybki przelew na numer telefonu za pomocą BLIK-a (w planach jest też terminal płatniczy).
- Cena: 1,30 zł za sztukę wiejskiego jaja od kur z wolnego wybiegu.
- Kradzieże? Zero. Mimo obaw o bezobsługowy format, przez pierwsze tygodnie działalności nie zginęła ani jedna sztuka.
„Ale jaja!”. Klienci zostawiają liściki i… biorą cukierki
Przejeżdżający kierowcy i rowerzyści początkowo przecierali oczy ze zdumienia, ale ciekawość szybko wzięła górę nad rutyną. Dziś punkt żyje już własnym życiem. Gospodarze dbają o relacje - obok wytłaczanek zawsze czekają darmowe słodycze, lizaki dla dzieci oraz notes z karteczkami. Klienci chętnie odwdzięczają się ciepłym słowem. W budce regularnie pojawiają się liściki z podziękowaniami za wspaniały pomysł, świeży towar i wiarę w ludzką uczciwość.
Drewniany kramik to dopiero początek. Gdy skończy się sezon letni, na półkach pojawią się domowe przetwory oraz naturalne miody z Bieszczad. Historia z Niedar udowadnia jedno: aby rozwinąć lokalny biznes na wsi, nie potrzeba wielkich dotacji ani drogich maszyn – wystarczy dobry pomysł, dwie ręce do pracy i zaufanie do drugiego człowieka.
źr. wPolsce24 za topagrar/facebook









