Mieli mieć raj, dali Europie drożyznę. Niemcy mówią dość zielonej energii. Ich złom trafi do Polski?

Przez lata Berlin, a za nim Bruksela, przekonywały nas, że Energiewende to projekt bez wad. Dziś, gdy niemiecka gospodarka łapie zadyszkę, a tamtejszy przemysł ucieka za ocean, maski opadają. Wywiad Reiche dla FAZ to sygnał alarmowy: czas skończyć z „polityką życzeniową” i wrócić do twardej matematyki.
„Energia nie jest darmowa”
Głównym ostrzem krytyki Reiche jest naiwne przekonanie lewicowo-liberalnych elit, że odnawialne źródła energii (OZE) same w sobie rozwiążą problem kosztów. Szefowa Westenergie stawia sprawę jasno: system oparty na słońcu i wietrze wymaga gigantycznych nakładów na sieci przesyłowe i stabilizację, za co ostatecznie płaci obywatel i przedsiębiorca.
Z perspektywy konserwatywnej to potwierdzenie tego, co mówiono od dawna – bezpieczeństwo energetyczne nie może być zakładnikiem ekologicznego aktywizmu. Reiche wprost nawołuje do „uczciwości wobec wyborców”. Ludzie muszą wiedzieć, że zielona rewolucja to nie darmowy lunch, ale potężny rachunek, który właśnie ląduje na naszych stołach.
Przemysł ucieka, politycy śpią
Najbardziej niepokojące jest ostrzeżenie dotyczące kondycji gospodarki. Reiche zauważa, że wysokie ceny energii w Niemczech stają się barierą nie do przebicia dla średniego biznesu – fundamentu europejskiego dobrobytu. Jeśli Berlin nie zmieni kursu, czeka nas fala upadłości i ucieczka kapitału.
Dla nas w Polsce to lekcja kluczowa. Skoro nawet Niemcy, dysponujący ogromnym kapitałem, zaczynają przyznawać, że tempo i koszty narzucone przez Brukselę są zabójcze, to jak ma na tym wyjść polska gospodarka? Forsowanie restrykcyjnych norm unijnych w momencie, gdy liderzy przemysłowi Europy krzyczą „ratunku”, jest działaniem na szkodę własnego państwa.
Czas na realizm: gaz i atom
Z wywiadu płynie jeszcze jeden ważny wniosek: nie da się zarządzać nowoczesnym państwem wyłącznie w oparciu o to, czy wieje wiatr. Reiche wskazuje na konieczność posiadania stabilnych źródeł gazowych, które w przyszłości mogłyby spalać wodór, ale przede wszystkim apeluje o pragmatyzm.
W domyśle czytamy to jako klęskę ideologii, która kazała Niemcom zamykać elektrownie atomowe w samym środku kryzysu energetycznego. To, co miało być „postępem”, okazało się cywilizacyjnym regresem.
Co to oznacza dla Polski?
Głos Katheriny Reiche powinien być szeroko cytowany w Warszawie. To dowód na to, że wewnątrz samych Niemiec pęka monolit zwolenników radykalnego „Zielonego Ładu”. Polska prawica od lat postuluje suwerenność energetyczną opartą na własnych zasobach i atomie, ostrzegając przed uzależnieniem od kaprysów pogody i dyktatu Brukseli.
Dziś te postulaty zyskują nieoczekiwanego sojusznika w samym sercu niemieckiego biznesu. Czas przestać przepraszać za to, że chcemy mieć tanią energię i silny przemysł. Jeśli Europa nie chce stać się skansenem gospodarczym świata, musi usłyszeć głos takich ludzi jak Reiche. Koniec z ideologią – czas na poważną politykę energetyczną.
Problem w tym, że mamy obecnie w Polsce rząd, który jest lojalny nie wobec własnych obywateli, a wobec Brukseli. Jak myślicie, gdzie trafią demontowane niemieckie turbiny wiatrowe i panele słoneczne?
źr. wPolsce24 za „Frankfurter Allgemeine Zeitung”











