Tak Niemcy zarabiają na Polakach. Czy staniemy się narodem najemców u niemieckich "panów"

Powtórka z Berlina w Warszawie?
Niemiecki gigant TAG Immobilien, po przejęciu polskiego dewelopera Robyg, z rozmachem buduje portfel tysięcy mieszkań na wynajem. Inny gracz, Heimstaden (choć skandynawski, to operujący modelem, który Berlin doprowadził do kryzysu), również nie próżnuje. Jak donosi portal Bankier.pl, Polska może stać się areną powtórki z niemieckiej stolicy, gdzie agresywna polityka funduszy doprowadziła do tak drastycznego wzrostu czynszów, że mieszkańcy w referendum domagali się wywłaszczenia wielkich korporacji.
Problem polega na tym, że to, co dla niemieckiego inwestora jest „atrakcyjną stopą zwrotu”, dla polskiej rodziny oznacza dożywotnią niewolę czynszową. Zamiast budować własny majątek i spłacać kredyt na swoje, Polacy są zmuszani do finansowania emerytur niemieckich akcjonariuszy.
Polaka nie stać, Niemiec bierze hurtowo
Mechanizm jest bezlitosny. Fundusze typu PRS (Private Rented Sector) kupują całe bloki, zanim te w ogóle wyjdą z ziemi. Deweloperzy wolą sprzedać 200 mieszkań jednym przelewem niemieckiemu funduszowi, niż przejmować się 200 polskimi rodzinami czekającymi na decyzję kredytową. Efekt? Podaż dla zwykłego obywatela maleje, a ceny pozostałych na rynku lokali szybują w kosmos.
Eksperci alarmują: polskie rodziny są wypychane z rynku. Nawet przy rosnących wynagrodzeniach, tempo wzrostu cen mieszkań napędzane przez instytucjonalne zakupy sprawia, że własne „M” staje się luksusem dla wybranych. Według danych Eurostatu, odsetek osób mieszkających w wynajmowanych lokalach rośnie, a za tym trendem nie stoi „nowoczesny styl życia”, lecz brutalna ekonomiczna konieczność.
„Zarabiają na nas Niemcy” – i to bez podatku?
Kontrowersje budzi nie tylko sama obecność niemieckiego kapitału, ale też warunki, na jakich operuje. Nie tak dawno media obiegła informacja o orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego, które potwierdziło, że niektóre niemieckie fundusze inwestycyjne mogą być zwolnione z podatku dochodowego w Polsce. Oznacza to sytuację kuriozalną: polski przedsiębiorca czy rodzina płaci podatki, a potężny gracz z Hamburga czy Monachium wyciąga z polskiego rynku miliony, korzystając z przywilejów, o których zwykły Kowalski może tylko pomarzyć.
To klasyczny neokolonializm ekonomiczny. Polska, zamiast budować własny system wsparcia mieszkalnictwa, który promowałby własność (zgodnie z naszym kodem kulturowym i bezpieczeństwem demograficznym), pozwala na „berlinizację” swoich miast.
Gdzie jest państwo?
Politycy prawicy, tacy jak poseł Piotr Uściński, głośno pytają o brak mechanizmów ochronnych. Dlaczego nie wprowadzono podatku katastralnego uderzającego wyłącznie w wielkie fundusze skupujące setki mieszkań? Dlaczego polski rynek jest „dzikim zachodem”, na którym bogatszy sąsiad może wykupić całe kwartały ulic, pozbawiając młode pokolenie Polaków nadziei na stabilizację?
Jeżeli nie zatrzymamy tego procederu, za dekadę obudzimy się w kraju, w którym Polacy będą jedynie „użytkownikami” własnych miast, a klucze do ich domów będą spoczywać w sejfach w Berlinie. Czas najwyższy powiedzieć „stop” i zacząć chronić polską własność, zanim zostanie ona całkowicie przejęta przez zachodnie korporacje.
źr. wPolsce24 za bankier24, WP.pl, Frankfurter Rundschau











