Wiatr wieje, prądu brak. Ciemna i kosztowna strona energetyki wiatrowej

W 2025 roku zmarnowana energia z farm wiatrowych kosztowała Brytyjczyków niemal 1,5 miliarda funtów czyli ponad 7 miliardów złotych! To efekt tzw. curtailment, czyli sytuacji, w której turbiny wiatrowe produkują prąd, ale sieć energetyczna nie jest w stanie go przesłać tam, gdzie jest potrzebny. W efekcie operatorzy… wyłączają wiatraki.
Problem dotyczy szczególnie farm wiatrowych zlokalizowanych w odległych regionach, głównie w Szkocji. Prąd jest, wiatr wieje, ale infrastruktura przesyłowa nie nadąża. I tu zaczyna się prawdziwy paradoks.
Wiatraki off, gazówki on
Gdy odnawialne źródła są odłączane od sieci, operatorzy muszą natychmiast uruchamiać elektrownie konwencjonalne, najczęściej gazowe, by utrzymać stabilność systemu i nie dopuścić do przerw w dostawach prądu.
Efekt tych działań kosztuje operatorów energetycznych krocie, a koszty są przerzucane na odbiorców energii. W rachunkach mieszkańcy Wielkiej Brytanii płacą więc za wyłączenie turbin wiatrowych oraz uruchomienie drogich elektrowni gazowych. W efekcie im więcej wiatraków tym wyższe rachunki, a dodatkowo rosną... emisje dwutlenku węgla.
To nie teoria. Regulator rynku energii Ofgem już wcześniej przyznał, że same koszty takiego „zarządzania chaosem” dodały około 15 funtów do rocznych rachunków gospodarstw domowych. A to dopiero początek.
Rachunki rosną, obietnice tanieją
Koszty marnowanej energii wzrosły o blisko 20 proc. rok do roku – z 1,23 mld funtów w 2024 do 1,46 mld w 2025. To potężny cios dla rządu, który jednocześnie obiecuje obywatelom tańszy prąd i stabilne dostawy energii.
Problem polega na tym, że system oparty niemal wyłącznie na pogodzie nie działa bez kosztownych zabezpieczeń. A tymi zabezpieczeniami są właśnie elektrownie gazowe, które muszą pozostawać w ciągłej gotowości – nawet wtedy, gdy wiatraki teoretycznie mogłyby wszystko „załatwić”.
Zielona transformacja bez fundamentów
brytyjski rząd zapowiada, że do 2030 roku 95 proc. energii elektrycznej ma pochodzić ze źródeł „czystych”. Jednocześnie analiza dokumentów pokazuje, że ponad połowa kluczowych inwestycji sieciowych ma poważne opóźnienia – od roku do nawet ośmiu lat.
To oznacza jedno: im więcej farm wiatrowych i fotowoltaicznych będzie podłączanych do niewydolnej sieci, tym więcej energii trzeba będzie marnować. Operator systemu ostrzega wprost, że koszty wyłączania OZE mogą sięgnąć ponad 4 miliardów funtów rocznie.
System, który sam sobie zaprzecza
Obrońcy transformacji energetycznej przekonują, że więcej odnawialnych źródeł obniży ceny hurtowe energii. Tyle że to tylko połowa prawdy. Bez rozbudowanej i gotowej na czas infrastruktury przesyłowej, zielona energia staje się drogim luksusem, a nie tanim ratunkiem.
W praktyce wygląda to tak, że produkowana jest energia, której nie możemy użyć, utrzymywane są rezerwowe elektrownie kopalne co sprawia, że koszt wytwarzanej energii jest zdublowany.
Wiatr nie zastąpi fizyki
Energetyka wiatrowa nie jest zła sama w sobie. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityczne cele wyprzedzają techniczne realia, a hasła zastępują planowanie. Prąd musi być dostępny zawsze, nie tylko wtedy, gdy wieje wiatr. Bez magazynów energii, bez sieci przesyłowych i bez realnych rezerw mocy, odnawialne źródła nie są fundamentem systemu — są dodatkiem. Drogim dodatkiem.
A rachunki? Jak zwykle, płaci odbiorca końcowy. Brytyjskie wyliczenia są o tyle istotne, że powinny być w Polsce nauczką dla decydentów, że transformacja energetyczna musi być zaplanowana zgodnie adekwatnie do możliwości technologicznych.
źr. wPolsce24 za "The Guardian"











