Cicha bohaterka z Polski podbiła serca Australijczyków. W stolicy postawili jej pomnik

Stanisława Dąbrowska urodziła się w 1926 roku na południu Polski, w ubogiej rodzinie Władysława i Wiktorii. Przed wojną mieszkała w Gorlicach nieopodal Nowego Sącza. Wychowana w tradycyjnym duchu i ciężkich warunkach, od dziecka wiedziała, czym jest głód, brak bieżącej wody i twarde realia okupacyjnej biedy. To właśnie te doświadczenia oraz wyniesione z domu wartości – szacunek do człowieka i solidarność z bliźnim – ukształtowały jej charakter na całe życie. Po wojnie zdobyła wykształcenie pielęgniarskie, a w 1964 roku, wraz z ówczesnym mężem, fizykiem jądrowym Janem Nurzyńskim, wyemigrowała na antypody.
Gdy ich drogi życiowe się rozeszły, pani Stanisława – w Australii znana po prostu jako „Stasia” – całe swoje serce oddała służbie najbardziej opuszczonym. Jak opisuje portal histmag.org, w 1979 roku założyła mobilną kuchnię polową na Garema Place w centrum Canberry.
Ewangelia czynu: 100 litrów zupy i praca ponad siły
Jej działalność była zaprzeczeniem współczesnego, biurokratycznego „pomagactwa NGO-sów” zasilanego państwowymi grantami. Zanim pojawiło się jakiekolwiek wsparcie instytucjonalne, przez pierwsze 11 lat Dąbrowska finansowała posiłki dla ubogich niemal wyłącznie z własnej kieszeni. Za dnia pracowała fizycznie jako sprzątaczka, w nocy opiekowała się dziećmi, a o świcie wsiadała w vana i jeździła po piekarniach oraz sklepach, prosząc o niesprzedany chleb i warzywa.
Każdego tygodnia obierała sama blisko 180 kilogramów jarzyn, z których gotowała nawet 100 litrów pożywnej zupy. Co piątek czekała na potrzebujących. Dla bezdomnych i zepchniętych na margines nie była tylko „panią od zupy” (ang. Soup Kitchen Lady). Dawała im to, czego nie kupią żadne zasiłki: ludzkie ciepło, modlitwę, rozmowę i przywrócenie utraconej godności. Gdy witała podopiecznych, miała w zwyczaju mówić z uśmiechem: „Hello my Wonderful” („Cześć, moja cudowna / mój cudowny”).
Moja babcia była skromną osobą, unikała rozgłosu i po prostu chciała pomagać. Tak ją wychowano – że po prostu pomaga się ludziom – wspominał po latach jej wnuk Josh Kenworthy.
Sama Stanisława do końca zbywała zachwyty nad swoją osobą.
To tylko gotowanie warzyw – nic specjalnego” – mówiła z typową dla przedwojennego pokolenia pokorą.
Odznaczenia i duma z polskiego dziedzictwa
Mimo że nie szukała poklasku, jej bezkompromisowa postawa spotkała się z ogromnym uznaniem w nowej ojczyźnie. Stasia została m.in. Obywatelką Roku Canberry (1996), odznaczono ją prestiżowym Medalem Orderu Australii (OAM) oraz Medalem Stulecia, a w 2000 roku niosła znicz olimpijski. Przez lokalną prasę i mieszkańców z szacunkiem nazywana była „Matką Teresą z Canberry”.
Swoją mobilną kuchnię prowadziła niemal do końca swoich dni – służyła potrzebującym aż do 92. roku życia. Zmarła w 2020 roku w wieku 94 lat.
W Canberze stanął pomnik
Pamięć o Polce okazała się trwalsza niż przemijające mody. W sierpniu 2026 roku na placu Garema Place w Canberze uroczyście odsłonięto wykonaną z brązu, naturalnej wielkości rzeźbę autorstwa Louise Skačej. Przedstawia uśmiechniętą panią Stasię z wyciągniętą w geście powitania dłonią – dokładnie taką, jaką przez blisko cztery dekady widywali mieszkańcy stolicy.
Historia Stanisławy Dąbrowskiej to nie tylko piękny przykład polskiego wkładu w historię odległego kontynentu. To przede wszystkim dowód na to, jak potężną siłę ma tradycyjny etos pracy, skromność i chrześcijańska miłość bliźniego. Bez kamer, bez wielkich dotacji i bez ideologicznego zadęcia – zwykła polska kobieta pokazała światu, czym jest prawdziwa solidarność z drugim człowiekiem.
źr. wPolsce24 za histmag.org, oa.anu.edu.au











