Skrajna lewica wygrała wybory i zrobił się skandal. Mądry Niemiec po szkodzie?

Wygrana wysoce ideologicznej partii Die Linke w lokalnych wyborach w Berlinie wywołała w niemieckiej polityce prawdziwe trzęsienie ziemi. Zamiast choćby próby uspokojenia nastrojów czy tonowania języka na czas negocjacji koalicyjnych, politycy skrajnej lewicy od razu przeszli do uderzenia w podstawy gospodarki rynkowej.
Liderka berlińskich struktur partyjnych, pochodząca z Turcji Elif Eralp, bez najmniejszych oporów powróciła do najbardziej agresywnego postulatu swojego ugrupowania: przymusowych wywłaszczeń koncernów mieszkaniowych posiadających powyżej 3 tysięcy lokali. W ideologicznym świecie Die Linke prawo własności najwyraźniej przestaje obowiązywać zawsze wtedy, gdy trzeba przypodobać się wielkomiejskiemu, aktywistycznemu elektoratowi.
Klany, antysemityzm i wieczór wyborczy w oparach skandalu
Prawdziwy wstrząs i estetyczny niesmak przyniósł jednak sam wieczór wyborczy. Jak donoszą niemieckie media, w kuluarach imprezy fetującej sukces Die Linke pojawiły się postaci, które w praworządnym państwie powinny budzić natychmiastową reakcję służb. Wśród świętujących dostrzeżono przedstawicielstwo znanych, berlińskich klanów przestępczych oraz radykalnych, pro-palestyńskich i jawnie antyizraelskich aktywistów.
Gdy zdjęcia i relacje z imprezy obiegły sieć, w Niemczech zawrzało. Tolerowanie skrajności, ciche przyzwolenie na antysemickie incydenty oraz flirtowanie ze środowiskami z pogranicza półświatka pokazały prawdziwe oblicze ugrupowania, które w kampanii mieniło się przecież „nowoczesną, sprawiedliwą i wrażliwą” alternatywą dla reszty sceny politycznej.
Gdy nawet lewica mówi: „przesadziliście”
Najbardziej wymowny w całej tej sprawie jest jednak fakt, skąd płyną dziś najostrzejsze baty. O skandalu i nieodpowiedzialności Die Linke nie piszą wyłącznie prawicowe niszowe portale. Głosy głębokiego oburzenia i rozczarowania dominują w absolutnym mainstreamie. Krytykę sformułowały m.in. dzienniki o jednoznacznie lewicowym czy lewicowo-liberalnym profilu, takie jak choćby „Süddeutsche Zeitung”.
Kiedy nawet lewicujący dziennikarze i publicyści łapią się za głowy i piszą o „ciężkiej próbie” oraz braku dojrzałości do sprawowania władzy, oznacza to, że skala przekroczenia granic w Berlinie była po prostu gigantyczna.
Wobec takich faktów dotychczasowi partnerzy z socjaldemokratycznej SPD oraz Zielonych przecierają oczy ze zdumienia. Czołowi politycy umiarkowanej lewicy stawiają dziś sprawę na ostrzu noża: bez natychmiastowego, bezwzględnego rozliczenia incydentów z wieczoru wyborczego, oficjalnego odcięcia się od skrajnych środowisk oraz rezygnacji z niebezpiecznych eksperymentów gospodarczych, żaden rząd w Berlinie z udziałem Die Linke nie powstanie.
Mądry Niemiec po szkodzie?
Cała sytuacja układa się w dość gorzki, ale i komiczny scenariusz. Polacy mają swoje słynne powiedzenie o mądrości po szkodzie, ale przypadek Berlina pokazuje, że ta przykra przypadłość dotyka także naszych zachodnich sąsiadów.
Najpierw mieszkańcy niemieckiej stolicy przyklaskiwali nośnym, populistycznym hasłom o darmowych usługach, walce z kapitałem i „postępowej rewolucji”. Gdy jednak wrzucili karty do urn i zobaczyli, że o krok od przejęcia władzy stoją ludzie fraternizujący się z klanami i dążący do bezprawnego zabierania majątków, wpadli w panikę.
Niemcy wybrali skrajną lewicę w demokratycznych wyborach, a teraz z przerażeniem zastanawiają się, jak powstrzymać ją przed zdemolowaniem miasta. Pytanie tylko, czy ten nagły przebłysk rozsądku po wyborczym szoku wystarczy, by uratować Berlin przed skutkami własnej lekkomyślności.
źr. wPolsce24 za dw.com









