Niemcy próbowali skopiować polskiego mObywatela. Na jaw wyszły ich kompromitujące procedury

Przez całe dekady wznoszono w Polsce bałwochwalcze tony pod adresem niemieckiej organizacji, infrastruktury, technologii i postępu. Zakompleksione środowiska liberalno-lewicowe przekonywały nas, że z Berlina należy czerpać wzorce w każdej dziedzinie życia. Dziś jednak, w kluczowym dla XXI wieku obszarze – cyfryzacji państwa i nowocześnie zarządzanych usługach publicznych – Niemcy przypominają skansen, z którego to Niemcy powinni przyjeżdżać do Warszawy na korepetycje.
Super-aplikacja po niemiecku: układ zamknięty
Jak donoszą niemieckie media, w tym m.in. Sueddeutsche Zeitung czy portal Table.Media, Federalne Ministerstwo Cyfryzacji i Modernizacji Państwa pod kierownictwem Karstena Wildbergera postanowiło stworzyć tzw. „Deutschland-App”. Projekt ma być centralnym punktem dostępu do usług państwowych dla mieszkańców – od rezerwacji wizyt w urzędzie, przez składanie wniosków, aż po kontakt z urzędem pracy.
Zapowiedzi brzmią pięknie i nowocześnie, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Zamiast ogłosić otwarty, transparentny konkurs i dopuścić do głosu dynamiczne środowisko europejskich startupów czy innowacyjnych firm IT, niemiecki resort postanowił powierzyć zbudowanie prototypu... starym znajomym z Deutsche Telekom (T-Systems) oraz koncernowi SAP.
Decyzję podjęto po cichu, wykorzystując tzw. istniejące umowy ramowe, z pominięciem klasycznej procedury przetargowej. Spotkało się to z falą krytyki ze strony niemieckich przedsiębiorców. W branży IT powróciło znane porzekadło: „Nobody ever got fired for buying IBM” – urzędnik wybiera wielkiego, zasiedziałego monopolistę nie dlatego, że ten zrobi to najlepiej i najtaniej, ale dlatego, że w razie klapy nikt go nie pociągnie do odpowiedzialności.
Eksperci wskazują, że dokładnie ta sama para gigantów – SAP i Telekom – stworzyła w czasie pandemii słynną aplikację Corona-Warn-App. Kosztowała ona niemieckiego podatnika tysiące euro, a jej efektywność i integracja z przestarzałymi systemami niemieckich urzędów zdrowia pozostawiały przerażająco wiele do życzenia.
Dwa światy: Polski mObywatel kontra niemiecki faks
Niemiecki dramat cyfrowy obnaża głębszy problem naszych zachodnich sąsiadów. Podczas gdy w Niemczech „przełomem” nazywa się aplikację, która dopiero ma przechodzić fazę testów w kilku wypróbowanych miastach (m.in. Norymberdze czy Dreznie), w Polsce aplikacja mObywatel, wprowadzona przez rząd PiS, jest już dojrzałym, ciągle rozwijanym i powszechnym narzędziem, używanym przez miliony obywateli.
Polak w telefonie ma dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, recepty, bilety, deklaracje podatkowe czy karty dużej rodziny. W Niemczech wciąż w wielu miejscach szczytem techniki urzędowej pozostaje... faks i papierowa korespondencja z tradycyjną pieczątką, na którą czeka się tygodniami.
Niemcy cierpią na cyfrowy paraliż z kilku powodów:
-
Przeładowana biurokracja i dogmatyzm: Niemieckie procedury są tak skomplikowane i usztywnione przepisami o ochronie danych (Datenschutz), że paraliżują jakąkolwiek elastyczność i innowacyjność.
-
Kolesiostwo i monopol gigantów: Zamiast budować otwarty ekosystem innowacji, niemieckie ministerstwa wolą pompować miliardy w tradycyjne koncerny, które produkują drogie, ociężałe i często bezużyteczne systemy.
-
Pycha i samozadowolenie: Berlin przez lata żył w przeświadczeniu o własnej doskonałości, ignorując to, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej (Polska, Estonia) dawno wyprzedziły go w cyfrowym wyścigu.
Lekcja dla Polski: Nie dajmy się zepchnąć do tylnej ławki
Ta sytuacja powinna być potężną lekcją dla polskich decydentów i społeczeństwa.
Po pierwsze, ukazuje ona pełną mieliznę kompleksu zachodniego, który przez dekady wpajano Polakom. Polska w wielu obszarach technologicznych – od bankowości elektronicznej, przez płatności mobilne, aż po cyfryzację administracji – jest liderem, od którego Zachód powinien się uczyć.
Po drugie, stanowi to poważne ostrzeżenie przed bezrefleksyjnym przyjmowaniem unijnych unifikacji cyfrowych i dyrektyw narzucanych pod dyktando Berlina czy Brukseli. Jeżeli pozwolimy, by to niemiecka myśl biurokratyczna dyktowała standardy cyfrowe w Europie, to zamiast rozwoju otrzymamy paraliż, ociężałe systemy i uzależnienie od niemieckich koncernów telekomunikacyjnych.
Polska musi bronić swojej suwerenności cyfrowej i dbać o to, by rodzime, dynamiczne rozwiązania były chronione i rozwijane. W wyścigu technologicznym XXI wieku Niemcy wyraźnie opadły z sił – nie pozwólmy, by ciągnęły w dół również nas.
źr. wPolsce24 za "Sueddeutsche Zeitung", Table.Media











