Niemcy cieszą się z napływu migrantów. To już rekord. Lewica świętuje demontaż własnego państwa

Doskonałym tego przykładem jest publicystyka „Süddeutsche Zeitung”, która wprost redefiniuje pojęcie narodu i otwarcie cieszy się z masowego napływu migrantów.
Gdy konserwatywni komentatorzy i nieliczne trzeźwo myślące środowiska polityczne w Niemczech ostrzegają przed utratą tożsamości narodowej i paraliżem systemów socjalnych, tamtejszy mainstream bije brawo. Dla publicystów pokroju tych z monachijskiego dziennika „Süddeutsche Zeitung”, masowe rozdawnictwo obywatelstwa to powód do dumy i rzekomy „moment dziejowy”. W jednym z ostatnich komentarzy redakcja wręcz kpi z tradycyjnego rozumienia państwa i narodu, dając popis typowo lewicowej inżynierii społecznej.
Cudzoziemiec obywatelem w ekspresowym tempie
Przypomnijmy, o co toczy się gra. Nowa reforma, przepchnięta przez lewicowo-liberalną koalicję rządzącą, skróciła minimalny czas pobytu wymagany do ubiegania się o niemiecki paszport z ośmiu do zaledwie pięciu lat – a w przypadkach „szczególnych osiągnięć integracyjnych” nawet do trzech. Co więcej, Berlin w pełni zalegalizował posiadanie podwójnego obywatelstwa. Oznacza to, że miliony migrantów, w tym rzesze osób z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, mogą stać się pełnoprawnymi obywatelami RFN bez konieczności zrzeczenia się lojalności wobec swoich ojczyzn. Tylko w ubiegłym roku niemiecki paszport otrzymało 309 tys. osób.
Dla lewicowych publicystów to jednak wciąż mało. W narracji płynącej z łamów „Süddeutsche Zeitung” pojawia się absurdalna teza, że Niemcy przez dekady tkwiły w „błędzie”, uznając imigrację jedynie za zjawisko tymczasowe. Lewicowi żurnaliści z zachwytem ogłaszają koniec ery, w której „niemieckość” definiowano poprzez zakorzenienie kulturowe czy historyczne. Teraz obywatelem ma być każdy, kto po prostu podpisał odpowiedni formularz i przepracował na miejscu kilka lat.
Zachwyt nad „nowymi Niemcami” i pogarda dla krytyków
Czytając enuncjacje liberalnego salonu, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z syndromem sztokholmskim. Podczas gdy niemieckie miasta borykają się z eksplozją przestępczości, powstawaniem stref „no-go” i pełzającą islamizacją szkół, liberalno-lewicowe media wolą celebrować „wzbogacenie kulturowe”. Zamiast rzetelnej analizy zagrożeń, serwują swoim czytelnikom ckliwe opowieści o tym, jak to nowi obywatele rzekomo uratują niemiecką gospodarkę i system emerytalny – mit, który wielokrotnie obalały twarde dane ekonomiczne Bundesbanku i instytutów badawczych.
Co szczególnie uderzające, w publicystyce „Süddeutsche Zeitung” i pokrewnych jej mediów, każda próba obrony tradycyjnego modelu państwa narodowego jest z góry etykietowana jako „wstecznictwo” lub „prawicowy populizm”. Lewicowi komentatorzy z wyraźną satysfakcją podkreślają, że nowa rzeczywistość demograficzna jest „nieodwracalna”. Cieszą się z faktu, że nowo upieczeni obywatele uzyskają pełnię praw wyborczych, co w praktyce oznacza jedno: zabetonowanie sceny politycznej i stały dopływ elektoratu dla partii lewicowych i zielonych, które na masowej migracji budują swoją przyszłość.
Demontaż na własne życzenie
Z perspektywy Warszawy czy Pragi, niemiecki samozachwyt nad demontażem własnej państwowości wygląda jak zbiorowe szaleństwo. Lewicowo-liberalne media, pełniąc funkcję pas transmisyjnego dla globalistycznych elit, całkowicie oderwały się od problemów przeciętnego mieszkańca Lipska, Dortmundu czy Frankfurtu.
Świętowanie masowego napływu migrantów i rozdawanie paszportów jak ulotek reklamowych to droga donikąd. Niemiecki salon medialny próbuje zaczarować rzeczywistość, ale rzeczywistości oszukać się nie da. Koszty tej ideologicznej ślepoty poniosą nie publicyści z klimatyzowanych redakcji, ale całe społeczeństwo, które na własne życzenie rezygnuje ze swojej suwerenności kulturowej i bezpieczeństwa. Berlin, przy głośnym aplauzie swoich mediów, właśnie podpisał wyrok na resztki stabilności zachodniej Europy.
źr. wPolsce24 za „Süddeutsche Zeitung”











