Berlińska lewica i arabskie klany idą ramię w ramię. W Polsce chcą nam zgotować to samo?

Zaczęło się od skandalu po wyborach w Berlinie. Na wieczorze wyborczym skrajnie lewicowej partii Die Linke brylował nikt inny, jak Issa Remmo – głowa jednego z najbardziej wpływowych i bezwzględnych klanów arabskich w Niemczech. Jakby tego było mało, światło dzienne ujrzały wiadomości z komunikatora WhatsApp, które z synem klanowego watażki wymieniał prominentny poseł Die Linke do Bundestagu, Ferat Koçak. Wymiana uprzejmości i zażyłość między prawodawcą a środowiskiem przestępczym unaoczniły to, o czym za Odrą bano się mówić głośno przez lata: sojusz radykalnej lewicy z islamskimi strukturami rodowymi stał się faktem.
„Obudzili się rychło w czas”
Dziś niemieckie media przecierają oczy ze zdumienia i zadają pytania: „Dlaczego arabskie klany kochają lewicę?”. Odpowiedź, choć dla berlińskiego establishmentu niewygodna, jest banalnie prosta. Przez dekady niemiecka klasa polityczna – z lewicą i Zielonymi na czele – zamiast egzekwować prawo, wolała uprawiać politykę naiwnego multikulturalizmu i zamiatać problem pod dywan.
Ekspert ds. islamizmu Ahmad Mansour, cytowany przez „Bild”, bez ogródek wyjaśnia mechanizm tej symbiozy. Klany widzą w Die Linke polityczną tarczę ochronną. W myśl lewicowej nowomowy jakakolwiek stanowcza akcja policji przeciwko przestępczości klanowej natychmiast bywa etykietowana jako „rasizm”, „dyskryminacja” czy „atak na mniejszości”. Lewica zapewnia im parasol ideologiczny, dzięki któremu gangsterzy mogą bez przeszkód prowadzić swoje ciemne interesy, paraliżując całe dzielnice Berlina.
Transakcja wiązana: głosy za bezkarność
To jednak nie tylko kwestia ideologicznego parasola, ale przede wszystkim czystego cynizmu wyborczego. Klany zrozumiały, że Niemcy są słabe, a berlińska polityka podatna na wpływy. Promowana przez lewicę liberalna polityka masowego nadawania obywatelstwa ma na celu stworzenie nowej bazy wyborczej w środowiskach muzułmańskich migrantów. W zamian za głosy i wpływy politycy oferują przymykanie oczu na istnienie struktur państwa w państwie. Warto o tym pamiętać także z perspektywy Polski, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiają się sugestie przyspieszenia nadawania obywatelstwa przybyszom z zagranicy.
Mansour zauważa wprost: klany czują się dziś w Berlinie „blisko władzy” i zamierzają tę pozycję bezwzględnie wykorzystywać. Poczucie bezkarności urosło do tego stopnia, że ich przywódcy nie muszą się już ukrywać w cieniu – wchodzą na salony lewicy głównymi drzwiami.
Lekcja dla Polski
Dla nas w Polsce to kolejny jaskrawy dowód na to, dokąd prowadzi bezkrytyczna polityka otwartych granic połączona z lewicowym dogmatyzmem. Niemiecki eksperyment społeczny ponosi spektakularną porażkę na oczach całego kontynentu. Gdy państwo abdykuje z ochrony swoich obywateli w imię politycznej poprawności, próżnię natychmiast wypełniają przestępcze klany, które potrafią owinąć sobie zideologizowanych polityków wokół palca.
Niemcy budzą się z ręką w nocniku, ale na odwrócenie tych procesów w Berlinie może być już po prostu za późno.
źr. wPolsce24 za bild.de









