Czy Wielka Brytania właśnie przestaje istnieć? Tajny pakt w Cardiff wywołał burzę

W luksusowym, pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na zatokę Cardiff Bay od jutra będą się ważyć losy jednego z najważniejszych państw Europy. W poniedziałek dojdzie do wydarzenia, które jeszcze dekadę temu wydawało się scenariuszem political fiction: szefowie lokalnych rządów Szkocji (SNP), Walii (Plaid Cymru) oraz północnoirlandzkiego Sinn Féin spotykają się przy jednym stole, by podpisać oficjalne „porozumienie o współpracy” (Memorandum of Understanding). Cel jest jeden i jednoznaczny: demontaż Zjednoczonego Królestwa.
Szokujący sojusz separatystów
To pierwszy moment w historii, kiedy we wszystkich trzech prowincjach władzę sprawują formacje otwarcie dążące do secesji. Wygrana lewicowo-nacjonalistycznej Plaid Cymru w Walii, dominacja lewicującego SNP w Szkocji oraz wpływy post-marksistowskiego, republikańskiego Sinn Féin w Belfaście stworzyły mieszankę wybuchową.
Przywódca SNP John Swinney nie kryje triumfalizmu. Bez cienia dyplomatycznej kurtuazji oświadczył, że dotychczasowy porządek państwowy jest „nie do utrzymania”, a Westminster musi zacząć oswajać się z wizją „ery post-brytyjskiej”.
Separatystyczne porozumienie ma objąć cztery filary: gospodarkę, energetykę, politykę międzynarodową oraz kwestię tzw. samostanowienia narodów. W tle widać jednak coś znacznie bardziej niepokojącego – wszystkie trzy frakcje otwarcie deklarują chęć powrotu w objęcia eurokratów z Brukseli, co de facto zniweczyłoby suwerenność wywalczoną w procesie Brexitu. Szkocja i Walia miałyby ubiegać się o członkostwo w UE, a Irlandia Północna zostać wchłonięta przez Republikę Irlandii.
Słaby Londyn i fatalne błędy premiera
Jak informuje brytyjski "The Telegraph", kryzys konstytucyjny to w dużej mierze efekt słabości centralnego rządu. Podczas gdy państwo wymaga twardej ręki i obrony jedności narodowej, premier Andy Burnham wykazuje się zdumiewającą chwiejnością. Jego niefortunne wypowiedzi w Izbie Gmin – sugerujące, że kolejny plebiscyt niepodległościowy w Szkocji mógłby zostać dopuszczony, o ile pojawi się „wyraźny konsensus” – natychmiast rozjuszyły unionistów i dały wiatr w żagle separatystom.
Choć z Downing Street popłynęły później uspokajające listy twierdzące, że kwestia referendum jest „zamknięta”, szkody polityczne już się dokonały.
Jeśli byłbym unionistą, byłbym dziś śmiertelnie przerażony” – kpią z premiera politycy ze Szkocji, wytykając mu brak elementarnej znajomości pryncypiów brytyjskiej konstytucji.
Trump dorzuca do pieca
Sytuację dodatkowo skomplikował Donald Trump. Podczas wizyty w Dublinie amerykański prezydent wprost zadeklarował, że z zadowoleniem powitałby „zjednoczoną Irlandię”, pytając prowokacyjnie: „Co w tym złego?”. Taka deklaracja z Waszyngtonu stała się wymarzoną amunicją dla Sinn Féin, którego liderzy natychmiast oświadczyli, że „zjednoczenie Irlandii przestało być odległą mrzonką, a staje się realnym planem pracy”.
Zegar tyka
To, co dzieje się w Cardiff, to nie jest zwykła polityczna przepychanka. To zsynchronizowany, planowy atak na integralność terytorialną monarchii. Jeśli Londyn nie porzuci polityki ustępstw i nie postawi twardego weta wobec separatystycznych ambicji regionalnych elit, kilkusetletnia tradycja Zjednoczonego Królestwa może wkrótce przejść do historii.
źr. wPolsce24 za "The Telegraph"









