Amerykanie chcą finansować prawicowe organizacje w Europie. Bardzo nie podoba się to Niemcom

Jak donosi Financial Times, Departament Stanu opublikował w poniedziałek wzory wniosków o przyznanie grantu w wysokości od 1 do 3 mln dolarów. Są przeznaczone dla europejskich organizacji pozarządowych, think tanków, instytucji pozarządowych itp.
Wsparcie dla prawicy
To, kto konkretnie może starać się o te środki, nie jest jasno sprecyzowane. Departament Stanu napisał jednak, że chodzi o organizacje, które zajmują się wyzwaniami związanymi z narodową suwerennością, imigracją, cenzurą i aktywizmem sądowym, zgodnie z naszą wspólną filozofią polityczną, prawem i wspólnym dziedzictwem cywilizacyjnym Zachodu”. To jasno sugeruje, że chodzi o organizacje o profilu prawicowym.
Pierwsze informacje, że taki program jest planowany, pojawiły się na początku lutego. Wysoko postawiona urzędnik z Departamentu Stanu Sarah Rogers odwiedziła wcześniej Europę, gdzie spotkała się z przedstawicielami czołowych prawicowych think-tanków. FT informowała wtedy, że pieniądze na ten cel zostaną przekierowane z innej pomocy zagranicznej, a ich głównymi beneficjentami będą organizacje z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Belgii. Przeznaczona na ten cel kwota jest jednak na razie niewielka – ok. 5 mln dolarów – i wystarczy na zaledwie kilka dotacji.
W zeszłym roku Biały Dom wpisał też do narodowej strategi bezpieczeństwa kultywowanie oporu wobec obecnej trajektorii Europy. Ostrzegał, że takie zjawiska, jak masowa imigracja czy cenzura mogą doprowadzić do upadku cywilizacji. Nic więc dziwnego, że teraz chce finansować organizacje, które starają się z nimi walczyć.
Niemiecka hipokryzja
Co ciekawe, jak na razie te plany oburzyły najbardziej Niemcy. We wrześniu odbędą się tam wybory władz Berlina, Meklemburgii – Pomorza Przedniego i Saksonii-Anhalt. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz w środę oskarżył administrację Trumpa, że w ten sposób chce wpłynąć na ich wynik. Jeśli chodzi o nas, nie wtrącamy się w amerykańskie wybory – powiedział – W drugą stronę, nie chce, żeby amerykański rząd albo instytucje zbliżone do rządu wtrącały się w niemieckie wybory.
To zaskakująca hipokryzja, nawet jak na niemieckie standardy. Berlin jest bowiem znany od dawna z tego, że finansuje organizacje i polityków w innych państwach, których poglądy popiera niemiecki establishment i którzy działają w zgodzie z niemieckimi interesami. Robi to głównie za pośrednictwem powiązanych z poszczególnymi partiami i otrzymujących gigantyczne dotacje z budżetu fundacji.
Przykład tego mieliśmy niedawno nawet na naszym podwórku. Wśród partnerów Campusu Polska Przyszłości, zorganizowanego przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, były aż dwie niemieckie fundacje – Fundacja Konrada Adenauera, która jest powiązana z CDU, partia Merza, oraz fundacja Heinricha Bolla, związana z niemieckimi Zielonymi.
Jeśli chodzi o wtrącanie się w wewnętrzną politykę USA, to kanclerz Niemiec też nieco minął się z prawdą. Berlin nie finansuje bezpośrednio amerykańskich organizacji – nie pozwalają na to restrykcyjne przepisy – ale w Waszyngtonie od ponad pół wieku działa German Marshall Fund. To think tank, który ma w założeniu promować współpracę i zrozumienie między USA i UE. Ta organizacja przyznawała też granty innym organizacjom pozarządowym, a także stypendia. Formalnie nie jest powiązana z rządem w Berlinie, ale jej założenie było możliwe, bo przekazał on na ten cel pieniądze.
źr. wPolsce24 za Guardian, Financial Times











