Joanna Racewicz wyjaśniła, dlaczego wzięła ślub sama ze sobą. Tłumaczenie zaskakuje

O tym, że nowoczesny celebryta potrafi skonsumować związek z własnym ego na oczach kamer, wiedzieliśmy od dawna. Jednak pani Joanna poszła o krok dalej. Na swoim profilu społecznościowym opublikowała pompatyczny materiał wideo, na którym widać, jak w śnieżnobiałej kreacji, z bukietem kwiatów w dłoni i autentycznymi łzami wzruszenia w oczach, celebruje moment ostatecznego samouwielbienia.
Jak sama potem tłumaczyła rozemocjonowanym fanom i zdezorientowanym krytykom, nie była to żadna fanaberia, lecz głębokie misterium terapeutyczne, wieńczące lata „powrotu do siebie”.
Moje »TAK« dane sobie jest jak powrót do prawdziwego domu. (...) Bo właśnie dałam sobie słowo, że nigdy się nie opuszczę. Nie zawiodę, nie zostawię, nie wyprę się siebie. Ja, Joanna” — ogłosiła panna młoda, pan młody oraz świadek w jednej osobie.
Trzeba przyznać, że to rozwiązanie genialne w swojej prostocie. Koniec z awanturami o to, kto ma wynieść śmieci lub na co wydać wspólne oszczędności – w końcu obie strony tego sakramentalnego układu mają identyczny pogląd na każdą sprawę. Odpada również odwieczny problem z podziałem majątku przy ewentualnym rozwodzie, choć w kuluarach show-biznesu już teraz złośliwi dopytują, czy w przypadku nagłego pogorszenia nastroju pani Joanna będzie musiała płacić samej sobie alimenty. Pojawiają się też wątpliwości natury prawnej: czy jeśli na horyzoncie pojawi się jakiś realny, żywy mężczyzna, to celebrytce grozi proces o bigamię?
Gdy w internecie wybuchła fala zasłużonego sarkazmu, świeżo upieczona „małżonka” natychmiast ruszyła do kontrataku. Z właściwym sobie patosem zaczęła przekonywać, że jej solowy sakrament „nie jest wymierzony w Boga, religię ani instytucję tradycyjnego małżeństwa”. To po prostu manifest dojrzałego narcyzmu – przepraszamy: „miłości własnej” – bez której, jak twierdzą podręczniki nowoczesnej psychologii, nie da się przecież poprawnie egzystować.
Sprawę szybko i bezlitośnie obnażyła jednak inna znana specjalistka od wszystkiego, Marianna Schreiber. Zauważyła ona, że za tą całą duchową otoczką, wzniosłymi hasłami i potokiem łez kryje się... zwyczajna, ordynarna reklama komercyjnego projektu rozwojowego dla kobiet. Całość imprezy – polegająca na wciskaniu zagubionym paniom rytualnych „ceremonii” za jedyne, bagatela, pięć tysięcy złotych – okazała się po prostu sprytnie zapakowanym produktem marketingowym.
Komentarz od redakcji: Żyjemy w czasach, w których tradycyjne wartości systematycznie zastępuje się infantylnymi rytuałami stworzonymi wyłącznie dla zaspokojenia własnej próżności. Ślub z samym sobą to logiczny finał kultury „Selfie”, w której człowiek staje się dla samego siebie bogiem, kapłanem i jedynym godnym partnerem życiowym. Z niecierpliwością czekamy na kolejne kroki postępowego salonu: samotne chrzciny własnego ego oraz uroczyste, jednoosobowe odnowienie obietnic sformułowanych przed lustrem łazienkowym.
Sto lat młodej parze! Przepraszamy – młodej osobie!
źr. wPolsce24










