Trafił do szpitala z zwichniętym barkiem, wkrótce potem już nie żył. Rodzina 45-latka żąda wyjaśnień

45-latek zwichnął sobie bark w połowie stycznia. Był wtedy sam w mieszkaniu. Zadzwonił do swojej siostry, a ta wezwała do niego karetkę. Ta przewiozła go do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu.
Lekarz nie wezwał anestezjologa
To, co miało być rutynowym, prostym zabiegiem, skończyło się tragedią. Jak informuje "Gazeta Wyborcza", powołując się na relację pracowników SOR, lekarz nie wezwał anestezjologa, postanowił sam zrobić mu znieczulenie ogólne, choć nie miał takiej specjalizacji. Nie podpiął też do niego urządzeń monitorujących czynności życiowe. Po ok. 20 minutach ktoś zorientował się, że pacjent nie oddycha.
Rozpoczęto akcję reanimacyjną. Udało się przywrócić u niego oddech, ale mężczyzna nie odzyskał już przytomności. Po reanimacji przewieziono go na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Tam badania wykazały cechy obrzęku mózgu. Mężczyzna był nieprzytomny, nie reagował na bodźce, oddychały za niego maszyny. Gdy kolejne badania wykazały uszkodzenie mózgu w wyniku niedotlenienia, lekarze uznali, że pacjent nie rokuje poprawy i skierowali go do hospicjum. Zmarł dwa dni później.
Rodzina chce znać prawdę
Pracownicy radomskiego SOR-u zdecydowali się powiadomić o sprawie prokuraturę. W zawiadomieniu poinformowali, że lekarz na uwagę, że błędem było niepodpięcie monitorów miał im grozić, że jak sprawa wyjdzie na jaw, to postara się, by stracili pracę. Prokurator Cezary Ołtarzewski z Prokuratury Rejonowej Radom Wschód, ich zawiadomienie zostanie potraktowane poważnie mimo tego, że złożyli je anonimowo.
Matka i siostra zmarłego mężczyzny nie mogą się pogodzić z tym, co się stało. Wystąpiły do szpitala o wyjaśnienia, ale nie otrzymały jeszcze odpowiedzi. Chcą zawiadomić prokuraturę i rzecznika praw pacjenta.
- Nie wyobrażam sobie, żeby osoby, które zawiniły i doprowadziły do śmierci brata, nie odpowiedziały za to, a mam wrażenie, że szpital niewiele robi, żeby sprawę wyjaśnić. Nie wyobrażam sobie, żeby lekarz, który popełnił błąd, w wyniku którego nie żyje człowiek, mógł nadal wykonywać swój zawód – powiedziała jego siostra. W odpowiedzi na pytania dziennikarzy szpital odpowiedział lakonicznie, że trwa postępowanie wyjaśniające.
To nie był pierwszy taki incydent
"Wyborcza" przypomina, że to nie był jedyny taki incydent w tym szpitalu. W maju 2024 roku na tamtejszy SOR trafił nieprzytomny mężczyzna. Reanimowały go pielęgniarki, bo na oddziale nie było wtedy żadnego lekarza, a dwóch odmówiło zejścia ze swoich oddziałów. W końcu, po 20 minutach, akcję ratunkową przejął anestezjolog z OIOM-u, ale mężczyzny nie udało się uratować. Pod koniec roku NFZ nałożył na szpital gigantyczną karę za niezapewnienie zgodnej z przepisami obsady na oddziale ratunkowym. Anestezjolog miał pod naciskiem zarządu szpitala usunąć z systemu notatkę o braku internisty i tym, że dwóch innych lekarzy dyżurnych odmówiło przyjścia. Sprawę bada teraz prokuratura.
Prokuratura bada też sprawę chorej na raka płuc pacjentki, którą przywieziono w lutym ubiegłego roku z rozpoznaniem migotania przedsionków i dusznościami. Tam wykonano jej badanie RTG i odciągnięto płyn z płuca, po czym odesłano ją do domu z poleceniem stawienia się w poradni. Dzień później znów poczuła się źle i trafiła do szpitala. Z relacji bliskich wynika, że nie wykonano jej ponownie badania EKG i nie zlecono konsultacji kardiologicznej. Jej rodzina twierdzi, że położono ją na zwykłej sali na oddziale pulmonologii i onkologii pulmonologicznej i nie podpięto do niej urządzeń monitorujących. Kobieta zmarła w nocy, a szpital przekonywał jej bliskich, że przyczyną śmierci był nowotwór, a nie choroba serca.
źr. wPolsce24 za "Gazeta Wyborcza"










