Zbieranie podpisów za referendum w Wilanowie. To musiało się tak skończyć

Najpierw zaczął przepytywać wolontariuszy, czy w ogóle są Warszawiakami – od kiedy tu mieszkają, do jakich szkół chodzili. Potem stwierdził, że taką „zadymę” można robić w Ursusie, ale nie w Wilanowie. Przy okazji pochwalił się, że mieszka w Wilanowie od 33 lat… wskazując na Miasteczko Wilanów, które powstało znacznie później.
W Wilanowie nie wolno
Okazuje się więc, że zdaniem niektórych zwolenników Rafała Trzaskowskiego prawo obywatelskie do zbierania podpisów i organizowania referendum zależy od kodu pocztowego. W Ursusie – wolno. W Wilanowie – „nie wypada”. Bo tam mieszka się lepiej, drożej i „kulturalniej”.
Pytanie, które zadają organizatorzy, jest proste i celne: od kiedy trzeba zdawać egzamin z „warszawskości”, żeby korzystać ze swoich praw obywatelskich? I dlaczego referendum miałoby być dobre w jednej dzielnicy, a w drugiej już nie? Warszawa jest jedna. Wilanów, Ursus, Praga, Wola – mieszkańcy każdej dzielnicy mają dokładnie takie samo prawo zabierać głos w sprawach miasta. Pogarda wobec „gorszych” dzielnic to nie jest żaden argument. To jest zwykły snobizm. Jeśli ktoś uważa, że referendum „nie wypada” w jego dzielnicy, to znaczy, że boi się demokracji. A demokracja nie pyta o adres zamieszkania.
Mała lekcja historii
Panu z Wilanowa przypominamy, że Ursus jest dzielnicą Warszawy od 49 lat. Rzeczywiście Wilanów został przyłączony do stolicy wcześniej bo w 1951 roku, ale wówczas poza Pałacem Jana III Sobieskiego, którego konstrukcja cudem przetrwała II wojnę światową i zagonami kapusty nie było tam wiele więcej. I dziś nie ma to już żadnego znaczenia.
źr. wPolsce24 za X











