W tych miastach najdłużej czeka się na wizytę u lekarza

Przymusowy monopol państwowego ubezpieczyciela od dekad przedstawiany jest przez lewicę i biurokratów jako gwarant „solidaryzmu społecznego” i „powszechnego dostępu do leczenia”. Rzeczywistość brutalnie weryfikuje te socjalistyczne mrzonki. Jak wynika z analizy danych przytoczonych przez portal Skarbiec.biz (opartej na zestawieniu Business Insider Polska), polski pacjent potrzebujący specjalistycznej pomocy zderza się ze ścianą niewydolnego systemu.
Kolejkowy horror: Rok czekania na diagnozę
Średni czas oczekiwania na wizytę u jednego z dziesięciu kluczowych specjalistów w 16 największych polskich miastach wynosi dziś ponad 3 miesiące (94,5 dnia). Jednak w wielu regionach sytuacja ma charakter katastrofalny.
Niechlubnym liderem zestawienia okazał się Gorzów Wielkopolski, gdzie średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wynosi aż 135,2 dnia (blisko cztery i pół miesiąca). Pacjenci wymagający konsultacji gastrologa muszą tam uzbroić się w cierpliwość na niemal rok – średni termin to porażające 348 dni. Na okulistę czeka się tam ponad 7 miesięcy (231 dni), a na wizytę u ortopedy ponad pół roku (186 dni).
Drugie miejsce na podium zajął Kraków ze średnią 129,3 dnia. W stolicy Małopolski kolejka do gastrologa wynosi średnio 290 dni, a do okulisty aż 246 dni – co jest najgorszym wynikiem dla tej specjalizacji w całym kraju.
Trzecie miejsce przypadło Białemustokowi (średnio 123,4 dnia), gdzie w aż pięciu badanych specjalizacjach czas oczekiwania przekracza cztery miesiące (w tym 278 dni do gastrologa). Ponad 100 dni czeka się również we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu.
Podwójne opodatkowanie Polaków
Sytuacja ta prowadzi do zjawiska, które w realiach wolnego rynku nazwano by po prostu oszustwem konsumenta. Obywatel nie ma prawa wyboru – składka zdrowotna jest przymusowo potrącana z jego dochodów. Kiedy jednak dochodzi do potrzeby ratowania zdrowia lub życia, okazuje się, że państwo oferty dla niego nie ma.
Na problem przymusowego wypychania pacjentów do sektora prywatnego zwrócił uwagę m.in. dr Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, w wypowiedzi cytowanej przez Polską Agencję Prasową (PAP):
Jeżeli pacjent słyszy, że na wizytę w ramach NFZ będzie czekał osiem czy dziesięć miesięcy, a prywatnie może zostać przyjęty za kilka dni, to jego wybór nie jest w pełni dobrowolny”.
Mamy do czynienia z ukrytym, podwójnym opodatkowaniem: najpierw drenuje się kieszenie pracujących Polaków i przedsiębiorców w ramach przymusowej składki na NFZ, by potem zmusić ich do opłacenia prywatnej wizyty z własnych oszczędności, jeśli nie chcą ryzykować trwałego kalectwa lub rozwoju choroby nowotworowej. Najbardziej poszkodowani są najubożsi oraz emeryci, których na komercyjne leczenie po prostu nie stać.
Centralne planowanie znów ponosi klęskę
Przypadek Gorzowa, Krakowa czy Białegostoku to kolejny dowód na to, że państwowy monopol nie jest w stanie efektywnie zarządzać zasobami.
Dopóki system nie zostanie zreformowany w kierunku rynkowym – z możliwością odliczenia prywatnych ubezpieczeń czy przełamania monopolu NFZ – polskie rodziny nadal będą skazywane na wielomiesięczne kolejki do lekarzy, za które przecież sowicie płacą każdego miesiąca.
Źródła: Skarbiec.biz, Business Insider Polska









