Skandaliczna próba cenzury w Niemczech! Stworzyli „czarną listę”, by zniszczyć prawicę

Metoda na „kordon sanitarny”: zagłodzić finansowo
Współczesna cenzura rzadko przybiera formę państwowego dekretu. Dziś znacznie skuteczniejszy okazuje się inny sposób represji, przerzucając brudną robotę na pozarządowe organizacje i korporacyjny marketing. Mechanizm jest prosty i przetestowany na Zachodzie dziesiątki razy: grupa aktywistów obwołuje się „strażnikami demokracji”, piętnuje niewygodne media i szantażuje wielkie marki utratą reputacji, jeśli te natychmiast nie wycofają swoich pieniędzy.
Znamy to także z Polski, prawda?
Właśnie taki manewr zastosowała w sierpniu niemiecka organizacja Campact. Do zarządów największych przedsiębiorstw za Odrą trafiło pismo z gotową listą 62 kanałów na platformie YouTube. Przypadek? Żaden. Na celowniku znaleźli się twórcy o profilu konserwatywnym i prawicowym: ci, którzy gromadzą setki tysięcy widzów i stanowią realną alternatywę dla głównego nurtu. Żądanie było bezdyskusyjne: natychmiastowy bojkot reklamowy i odcięcie niepoprawnych politycznie kanałów od przychodów, albo zetkniecie się z lewicowym gniewem.
W realiach zachodnioeuropejskiego biznesu, gdzie działy PR w panice uginają się pod każdym zarzutem o brak poprawności, większość menedżerów po cichu wykonałaby polecenie.
Korporacyjny wyłom. „Nie jesteście policją”
Kalkulacja aktywistów z Campact załamała się jednak w zderzeniu z Christophem Wernerem, szefem dm-drogerie markt, jednego z liderów niemieckiego rynku drogerii i głównego rywala Rossmanna. Werner nie tylko zignorował ultimatum, ale postanowił obnażyć naturę tego zjawiska na łamach dziennika „Die Welt”.
Zamiast standardowych, wymijających formułek PR, prezes giganta handlowego postawił sprawę bezkompromisowo:
Nie poddałem się presji. Nie pozwolę, by organizacja pozarządowa mnie przesłuchiwała i mi groziła. Nie mają do tego prawa. Tak nie rozumiem liberalnego społeczeństwa obywatelskiego i cywilizowanej kultury debaty. W debacie publicznej musi znaleźć się miejsce dla różnych opinii. Jeśli Federalny Urząd Policji Kryminalnej zażąda spotkania ze mną, będę musiał się na to zgodzić. Ale nie wtedy, gdy grupa aktywistów mnie zniesławia i mi grozi”.
Werner nazwał rzecz po imieniu: uzurpatorzy bez mandatu demokratycznego próbują przypisywać sobie uprawnienia organów ścigania, stosując otwarty szantaż wobec prywatnych podmiotów gospodarczych.
Standardy fasadowej demokracji
Reakcja szefa dm jest godna odnotowania właśnie dlatego, że stanowi rzadki wyjątek w zachodnim świecie korporacji sparaliżowanych strachem przed lewicowym linczem. Pokazuje jednak sedno współczesnej hipokryzji. Pluralizm jest tylko wtedy, gdy mieści się w granicach wyznaczonych przez aktywistów. Wolny rynek działa wówczas, dopóki pieniądze płyną wyłącznie do koncesjonowanych, poprawnych ideologicznie odbiorców.
Debata publiczna jest zastąpiona szantażem, tworzeniem „czarnych list” i próbą doprowadzenia oponentów do bankructwa.
Nie miejmy złudzeń, gesty takie jak ten wykonany przez Christopha Wernera nie oznaczają nagłego odwrotu zachodniego biznesu od poprawności politycznej, bo machina nacisków działa zbyt długo i zbyt sprawnie. Dowodzą jednak, że wystarczy odrobina twardego realizmu i odwagi jednego menedżera, by wykazać, jak kruche są podstawy władzy samozwańczych cenzorów, gdy ktoś wreszcie odpowie im prostym: „Nie macie do tego prawa”.
Może czas zacząć wprowadzać podobne zasady w szerszym wymiarze?
źr. wPolsce24 za Die Welt








