Tusk przyznał to otwarcie. To ponoć on wymyślił program, który służy Niemcom!

Tusk dwoi się i troi, by przekonać opinię publiczną, że SAFE służy polskiej suwerenności i bezpieczeństwu, i że Polska „daje kierunek” całej UE w kwestii zbrojeń.
Ale spojrzenie na fakty pokazuje zupełnie inny obraz: program narzucony przez Brukselę z pominięciem realnej debaty suwerennościowej, który w praktyce może służyć przede wszystkim interesom zachodnich, a szczególnie niemieckich koncernów i korporacyjnych graczy - a nie rzeczywistemu wzmocnieniu polskiego przemysłu zbrojeniowego.
Kto naprawdę korzysta?
Premier Tusk stara się udowodnić, że udział niemieckiego przemysłu w SAFE to zaledwie 0,37 %. Takie deklaracje nie przekonują jednak nawet zwolenników tej inicjatywy i tych, którzy dotychczas mieli mieszane uczucia.
Przede wszystkim zwróćmy uwagę na fakty, a te są bezlitosne dla narracji premiera. Unijny program SAFE to instrument UE, który nie powstał w Warszawie - to część szerszego mechanizmu integracji przemysłu obronnego i dystrybucji środków w ramach Europy.
Komisja Europejska prowadzi ten program i koordynuje z innymi stolicami, a według unijnych dygnitarzy Polska nie była motorem jego powstania - jedynie dołączyła do gotowego projektu. Eksperci wskazują, że udział firm zagranicznych w dostawach technologii i komponentów również może być większy, niż przedstawia to rząd.
Uproszczając, premier Tusk twierdzi, że Komisja Europejska „uszanowała nasze propozycje”, co ma udowadniać, że to Polska wyznaczała kierunek projektu SAFE. Tymczasem krytycy wskazują, że: program powstał w strukturach UE, jako część wspólnej polityki obronnej, Polska jedynie dopasowała swoją aplikację do gotowej unijnej machiny i to Bruksela ma decydujące instrumenty nadzoru i warunków wydatkowania tych pieniędzy.
To wielka różnica — między wymyśleniem projektu a przyjęciem go i dopasowaniem do własnych potrzeb.
Tusk chce nas przekonać również, że program ma służyć bezpieczeństwu i suwerenności Polski, ale w praktyce uzależnia nas od unijnych mechanizmów i warunków korzystania z funduszy. Niektórzy komentatorzy już dziś ostrzegają, że takie projekty narzucane z Brukseli mogą ograniczać swobodę wydatkowania środków i uzależniać polskie zbrojenia od decyzji instytucji unijnych.
Bezpieczeństwo czy zależność?
Premier przekonuje, że SAFE to zastrzyk technologii i pieniędzy dla polskiego przemysłu zbrojeniowego, które mają wzmocnić polskie zdolności i bezpieczeństwo armii.
Prawda jest taka, że program: wiąże Polskę z unijnymi strukturami i warunkami kontroli wydatków, stawia warunki i ograniczenia dotyczące sposobu wydatkowania miliardów euro, może służyć bardziej konsolidacji europejskiego przemysłu zbrojeniowego wokół Berlina i Paryża niż realnej, autonomicznej sile Polski.
To właśnie w tych niuansach kryje się największy problem. Rząd Tuska mówi o „polskiej inicjatywie”, ale realna kontrola nad warunkami i interpretacją SAFE leży poza Warszawą - w instytucjach unijnych i wielkich europejskich partnerach.
Program SAFE powinien być analizowany nie przez pryzmat deklaracji rządu, lecz z konkretami o tym, kto realnie kontroluje, narzuca warunki i kto na tym zarabia. Jeżeli Polacy mają myśleć o bezpieczeństwie i suwerenności, to muszą pamiętać, że prawdziwa niezależność zaczyna się wtedy, gdy to Polska decyduje o tym, jak wydaje swoje pieniądze i jakie korzyści realnie z tego płyną, a nie wtedy, gdy narracja z Warszawy stara się zamaskować zależności sprzedawane jako własna inicjatywa.
źr. wPolsce24











