Tusk podjął decyzję. Pewne jest już, że to koniec minister zdrowia. Wiadomo nawet, kto ją zastąpi

Wtorek, 7 lipca, to dzień prawdy dla kierownictwa resortu zdrowia. Premier Donald Tusk zażądał od Jolanty Sobierańskiej-Grendy przedstawienia natychmiastowego, precyzyjnego planu naprawczego dla polskiej służby zdrowia. Jeśli propozycje minister nie zadowolą szefa rządu, jej dymisja ma być formalnością. Stajni Augiasza nie udało się oczyścić żadnemu rządowi po 1989 roku, więc trudno domniemywać, iż Sobierańska-Grenda ma panaceum i znajdzie gotowe rozwiązanie. Wiedział to oczywiście także Tusk, więc wysuwając swoje żądanie chciał po prostu kupić sobie kilka dodatkowych dni na szukanie następcy aktualnej minister.
Cierpliwość Kancelarii Premiera wyczerpała się po fali bulwersujących doniesień medialnych, które uderzyły wizerunkowo w całą koalicję rządzącą. Chodzi przede wszystkim o głośną aferę wokół Szpitala Południowego oraz ujawnione patologie w publicznej służbie zdrowia, w tym funkcjonowanie zamkniętych „saloników VIP” dla wybranych oraz systemowe omijanie kolejek przez osoby uprzywilejowane, podczas gdy zwykli Polacy miesiącami czekają na wizytę u specjalistów. Czarę goryczy przelały doniesienia o astronomicznych zarobkach niektórych medyków i menedżerów, rażąco kontrastujące z kondycją finansową szpitali. Do tego wszystkiego okazało się, iż beneficjentem niektórych patologii systemu jest nawet sama minister.
Cień prywatnych profitów nad publicznym urzędem
Jak ujawnili dziennikarze śledczy, Jolanta Sobierańska-Grenda – przed objęciem teki ministra – kierowała publiczną spółką Szpitale Pomorskie. Po przejściu do resortu, który z definicji nadzoruje tego typu placówki, nie odcięła się całkowicie od dawnego źródła dochodów.
Z tytułu zakazu konkurencji na jej konto wpłynęły potężne środki: ponad 530 tysięcy złotych w 2025 roku oraz kolejne 57 tysięcy złotych w roku bieżącym. Pobieranie tak gigantycznych odpraw od podległego pośrednio podmiotu w czasie, gdy publiczna służba zdrowia boryka się z niedofinansowaniem, budzi potężne wątpliwości etyczne i rodzi pytania o konflikt interesów na szczytach władzy.
Kto weźmie odpowiedzialność? Karuzela nazwisk ruszyła
W sejmowych kuluarach nikt już nie wierzy w uratowanie pozycji obecnej minister. Oficjalne decyzje personalne premiera spodziewane są w środę, 8 lipca, ale rekonstrukcja rządu w tym obszarze wydaje się przesądzona. Na giełdzie nazwisk najgłośniej brzmią dwa scenariusze:
-
Powrót starego aparatu: Głównym kandydatem do przejęcia resortu jest Bartosz Arłukowicz. Obecny europoseł kierował już ministerstwem w latach 2011–2015. Taki ruch oznaczałby postawienie na zgraną, stricte polityczną kartę i powrót do dawnych, brutalnych mechanizmów zarządzania kryzysowego.
-
Wariant technokratyczny: Drugim poważnym pretendentem jest Jakub Szulc, obecny wiceszef Narodowego Funduszu Zdrowia i były wiceminister. To kandydatura typowo techniczna, nastawiona na zarządzanie strumieniami pieniędzy publicznych w NFZ.
W mediach przewija się również nazwisko gen. prof. Grzegorza Gieleraka, dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, co mogłoby sugerować próbę zarządzania kryzysem wizerunkowym.
To nie koniec dymisji? Rząd trzeszczy w szwach
Wszystko wskazuje na to, że tąpnięcie w resorcie zdrowia może zapoczątkować szersze wietrzenie gabinetów. Rekonstrukcja ma objąć także inne sporne odcinki. Na celowniku premiera znalazła się minister funduszy i polityki regionalnej, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z Polski 2050. Powodem mają być narastające napięcia wewnątrzkoalicyjne oraz zarzuty o prowadzenie przez partię Szymona Hołowni egoistycznej, solowej gry politycznej kosztem stabilności rządu.
Najbliższe kilkadziesiąt godzin pokaże, czy Donald Tusk zdecyduje się na głębokie cięcia, czy jedynie na powierzchowny lifting gabinetu, który od miesięcy nie potrafi poradzić sobie z narastającymi problemami systemowymi kraju.
źr. wPolsce24 za WP











